Tyrani Ziemi – czas i przypadek

Dzisiaj coś autorskiego. Short sprzed jakiegoś roku. Jest to chyba jedyna forma jaka zawsze w miarę mi wychodziła - napisać coś szybko pod wpływem emocji, nawet tego nie czytać, opublikować! Później dopiero wychodzą te wszystkie błędy, błędziki, błędziątka... ale cóż, zawsze to jakieś ćwiczenie pióra. Teraz w końcu pracuję nad czymś większym. Zobaczymy jak będzie...
pewnie jak zawsze ╭( ・ㅂ・)و
***

Peter McCullan od dziecka miał wielkie, niemal nieprawdopodobne szczęście. Już jako brzdąc uzyskał rangę Geniusza, gdy przypadkiem dostał się do laboratorium swojego ojca i pozmieniał parametry (Uuu! Guziiiczkii!) pewnej wielkiej maszyny, pomagając tym samym odkryć specyfik niezwykle pożądany przez koncerny farmaceutyczne.

Dalej wcale nie było gorzej. Na pierwszym poziomie zajęć Neochemii w Szkole Gwizdnej coś podkusiło go, by zadać nauczycielce pytanie dotyczące zadania oznaczonego w podręczniku gwiazdką. Dziwnym trafem przeczytał je nieco źle, lecz chemiczka, nieświadoma niczego, zaczęła rozwiązywać je na tablicy. Po godzinie żmudnych obliczeń wykrzyknęła nagle „Eureka!”, wybiegła z klasy i... miesiąc później rzuciła szkołę, by zamieszkać w drogiej willi w Nowym Nowym Yorku. Wygrała na loterii, czy co?

Nawet szkoła średnia, często znienawidzona przez butnych, żądnych wolności rówieśników, nie była dla chłopaka utrapieniem. W mig opanował grę na laserowej gitarze i jako jedyny w historii pierwszak wstąpił do uwielbianego przez wszystkich, szkolnego zespołu. Szybka nauka instrumentu udała mu się ze względu na nietypową wadę genetyczną - miał nieco dłuższe palce niż inni ludzie, co wręcz idealnie nadawało się do laserowych strun. I jeszcze do... paru innych rzeczy, jak twierdziły fanki zespołu.

Przyszedł czas na studia – Fizykę Nadrelatywną. Peter, kto by pomyślał, osiągał najlepsze wyniki na swoim kierunku, na który dostał się notabene przypadkiem. A to już w ogóle przeciekawa i prześmieszna historia, wiecie? Ahaha! Haha! Aż mi się łezka w oku zakręciła, jak ją sobie przypomniałem. No ale idąc dalej..

Koledzy Petera ze studiów po otrzymaniu dyplomu wyruszyli na podbój rynku pracy (któż lepiej wysmaży mięsko jak nie magister fizyki, który przecież wie wszystko o wymianie ciepła!), zaś sam McCullan został na uczelni pracując nad wymarzonym doktoratem z Pętl Czasu. Co ciekawe, początkowo uniwersytet, z racji braku pieniędzy, nie był w stanie sponsorować badań nad tym tematem. Dopiero anonimowy przelew od pewnej znanej chemiczki umożliwił otwarcie przewodu doktorskiego dla Petera.

Do trzyosobowej grupy badawczej w pewnym momencie dołączyła Jenna Yirys, piękna i utalentowana doktorantka z Londynu2. Po pierwszym dniu pracy poszli na piwo. Po drugim też. Po trzecim poszli już do McCullana. Po czwartym też, a dziewczyna została na dłużej.

Lubili te same gry. To samo jedzenie. Czytali te same książki. Mieli identyczne poglądy na politykę, naukę, sztukę. Wydawało się, że cudowniej być nie może. Ale było. Bo z każdym dniem, z każdą jedną minutą ich tajemnicze uczucie przybierało na sile. I tak, 10 lat po ślubie, wciąż patrzeli na siebie tym samym wzrokiem, co na studiach.

W pewnym momencie życia Peter zaczął odczuwać strach. Nie taki zwykły, jak to niektórzy mają przy widoku z wysokości czy przed guzikami, tylko paraliżujący, odbierający wszelką radość lęk przed stratą. Lęk przed bezsilnością, że gdyby coś stało się Jennie, nie potrafiłby nic zrobić. Peter czuł, że życie jest dla niego zbyt łaskawe. Bogini Szczęścia była nieco za bardzo hojna od samego początku i miał niejasne przeczucie, że niedługo może strzelić focha. Ku rozpaczy żony zaczął mniej sypiać, więcej myśląc nad ewentualnymi scenariuszami przyszłości, niż słodkim filmem teraźniejszości. Strach, nawet po licznych konsultacjach z lekarzami, nie dawał mu żyć. Postanowił wyjść mu na przeciw i rozpoczął badania nad Cofaczem.

To było wielkie przedsięwzięcie. Peter całe dnie spędzał w swoim laboratorium, majsterkując nad małym pudełkiem, dziełem jego życia. W chwilach zwątpienia czule gładził, zamkniętą w pięknej ramce na biurku, lekko pożółkłą już fotografię żony. To wszystko dla niej... Wszystko dla niej... Gdyby tylko coś jej się stało, mógłby ją uratować...

Pewnego jesiennego poranka... zrobił to. W drżące ręce ujął pudełeczko, z niedowierzaniem oglądając je ze wszystkich stron.

A jednak Bogini Szczęścia się od niego nie odwróciła!

Trzymając mocno dorobek swojego życia wybiegł na dwór, z trudem odnajdując drogę do domu. Biegł, mijając ludzi, którzy w obrzydzeniu oglądali się za nim i szeptali za jego plecami. Ale Petera to nie obchodziło. Co z tego, że przez te wszystkie lata tak strasznie się zapuścił. Teraz nic i nigdy nie stanie na drodze jego szczęściu! Jeśli tylko coś... cokolwiek przytrafi się Jennie, będzie potrafił cofnąć się w czasie i znaleźć na to rozwiązanie!

Udało mu się dotrzeć do domu. Pchnął drzwi i rozbieganym wzrokiem zaczął szukać ukochanej. Zatrzymał się na biurku, na którym leżały jakieś cudze rzeczy. Na starej kobiecie, stojącej przy kuchence, której twarz zamarła w przerażeniu. Na mężczyźnie, siedzącym na kanapie przed holotelewizją.

- Jenna! – zawył. – Gdzie ona jest? Co jej zrobiliście?

Mężczyzna natychmiast wstał i podbiegł do Petera, próbując wypchnąć go z mieszkania. Kobieta dopiero po chwili odzyskała mowę.

„To ja...”, cicho wypowiedziane przez starszą panią wstrząsnęło Peterem. Z trudem zaczął rozpoznawać oczy, kości policzkowe, wreszcie głos swojej żony.

Ze złością odepchnął obcego mężczyznę i podbiegł do Jenny. Ta cofnęła się, napierając plecami na kuchenkę. Peter wyciągnął Cofacza i aktywował go. Z obłędem w oczach sięgnął po leżący na stole nóż, niewzruszony lamentem kobiety.

- To ja spędziłem wieczność... szukając sposobu na uratowanie Cię... – powiedział i pchnął ostrze w brzuch swojej ukochanej. Lament zamienił się w krzyk, a ręce, zimne i nieczułe, ociepliły się od krwi.

Z obłędem w oczach sięgnął po leżący na stole nóż, niewzruszony lamentem kobiety.

- To teraz Ty... całą wieczność... – cedził w szale, mechanicznie zadając pchnięcie.

Z obłędem w oczach sięgnął po leżący na stole nóż, niewzruszony lamentem kobiety.

- Masz mnie błagać... o ten ratunek... – ciało mężczyzny znów zaatakowało.

Mężczyzna wraz z kolejnymi powtórkami, gdy bez przerwy śmiertelnie ranił swoją ukochaną, zaczął powoli odzyskiwać jasność umysłu. Władzy nad ciałem jednak nie odzyskał. To ono samo łapało nóż i samo bezlitośnie rozcinało brzuch Jenny, która za każdym razem równie głośno krzyczała i równie żałośnie płakała. Niemożliwym do opisania jest co czuł Peter, zaczynając rozumieć co takiego zrobił, co mógł zrobić i ile stracił przez ostatnie lata. W jakiej rozpaczy i bezmocy znalazł się, co chwila zabijając jedyną kobietę którą w życiu kochał.

Cóż, chyba nikt nie jest w stanie docenić prawdziwego szczęścia, nim nie doświadczy prawdziwego smutku. Wie o tym doskonale Bogini Szczęścia, która widziała jak przy tworzeniu Cofacza mężczyzna sięga po wadliwy tranzystor... i, choć mogła zareagować, nie zrobiła tego.

0 komentarzy:

Prześlij komentarz