Szkoła Kotów. Więcej nie było mi trzeba, by od razu kupić tę książkę.





Tak, sam tytuł zapewne by wystarczył, jednak dodatkową motywacją do przeczytania książki był fakt, że jej autorem jest Koreańczyk (a teraz mam na Koreę fazę :p) Jin-kyung Kim.

My mamy Harry'ego Pottera, Koreańczycy mają Szkołę Kotów. Ale chwila, spytacie, jak jakieś Koty mogą mieć się do tworu J.K.Rowling?

Mindzun, młody chłopiec, mieszka wraz z siostrą, rodzicami i kotką Sprytką. Jakiś czas temu odszedł jego ukochany kompan, drugi kot, piętnastoletni już Saliks. Nie odszedł jednak do kociego nieba, jak początkowo cała rodzina myślała. Przekonanie to zniknęło u chłopca w chwili, w której znalazł przedziwny list w skrzynce pocztowej... od Saliksa właśnie! Co więcej, zaadresowany był on do kotki Sprytki! Chłopiec swą radością podzielił się z siostrą i, wspólnie z nią, jako że nikt więcej nie był w stanie im uwierzyć, zaczęli kolekcjonować regularnie przychodzącą korespondencję od swojego pupila.

Okazuje się, że po ukończeniu piętnastego roku życia Koty mogą udać się do Szkoły Kotów, opuszczając uprzednio rodziny, w których mieszkały przez całe życie. Tam trafiają do jednej z trzech klas (Dzikich Kotów, Nocnych Zgromadzeń bądź Kryształowych Kotów). W nowej placówce uczą się między innymi ludzkiego pisma, historii, gimnastyki, czy też... magii. Dodatkowo każda klasa poznaje przydatne tylko dla niej umiejętności. I tak, Saliksowi, który jak nietrudno się domyśleć trafił do klasy Kryształowych Kotów, przekazana zostaje wiedza na temat kotcieni i ich władcy, a także o legendarnym kocie Solarisie, który co noc stawia czoła Duchowi Ciemności pod postacią węża.

"Rzut oka na nauczyciela od nauk ścisłych i gimnastyki pozwalał zrozumieć, dlaczego koty przyszły tak wcześnie. Uczniowie klasy Dzikich Kotów nazywali go profesorem Maksimusem. Był ogromny i przypominał lwicę. Wyglądał srogo jak żołnierz. Miał wspaniale wyrzeźbione mięśnie, potężne łapy i ogromne pazury. Strach pomyśleć, czym skończyłoby się pacnięcie taką łapą."

Saliks jest jednym z trzech uczniów w swojej klasie. Kotka Miłka i wielki kocur Mesan, którzy też uczą się w Kryształowych Kotach, szybko zaprzyjaźniają się z naszym głównym bohaterem. Poza nimi poznamy też wiele innych ciekawych osobistości - począwszy od dyrektora i wykładowców, na uczniach innych, rywalizujących niekiedy ze sobą klas kończąc.

Oczywiście Kocia Szkoła to nie jest normalna szkoła... Zwierzaki są zachęcane do zabaw, polowań i wylizywania swojego futerka podczas lekcji :3



Jin-kyung Kim napisał książkę po to, by pocieszyć swoje córki po stracie ukochanego zwierzaka. W związku z tym język, jakim jest napisana, jest raczej prosty, lecz przyjemny w odbiorze. Trochę niczym bajka przeznaczona zarówno dla młodszego, jak i nieco starszego odbiorcy. Perypetie Saliksa i jego nowych znajomych wręcz wymuszają uśmiech na twarzy. Przyznaję, że w wizję zawartą w książce aż chce się wierzyć. Sama nawet nabrałam nadziei, że mój Filemon i Bonifacy zostali przyjęci do którejś ze Szkół (థ ェ థ)

Lektura jest krótka, dosłownie na jeden wieczór. Opatrzona została rysunkami obrazującymi przygody pociesznych uczniów.


Ilustracja z książki. W kolejności: profesor Kudłacz, Saliks, Miłka i Mesan :3
Wielka szkoda, że całość została rozbita na tomy. Treści jest dla mnie nieco za mało jak na jedną książkę... ale oczywiście kolejne części "Szkoły Kotów" też zaraz trafią na mojego kindla :3

Czym są kotcienie i jak z nimi walczyć? Jakie tajemnice kryje tytułowa Kryształowa Grota? Co kociaki mogą zrobić swoją magią? Tego Wam już nie zdradzę, sami sięgnijcie po książkę~

Moje ostatnie zainteresowanie Koreą Południową skłoniło mnie do poszukiwań książki o tym temacie. Ze zdziwieniem zauważyłam jak mało jest polskojęzycznych publikacji na ten temat!

Koniec końców zdecydowałam się na sięgnięcie po zbiór esejów "W Korei" - Anny Sawińskiej. Na książkę składa się kilka reportaży pisanych przez autorkę w czasie jej pierwszych pięciu lat pobytu w Korei (2003-2007).

Na samym wstępie, nim przejdę do treści, muszę przyznać, że niesamowicie podoba mi się styl Anny Sawińskiej! Bardzo poetycki, a jednocześnie nie męczący. Czuć, że autorka nie zmusza się do pisania w ten sposób, tylko że wychodzi jej to "z głębi serca". Piękne, lekkie pióro sprawia, że lekturę czyta się niesamowicie przyjemnie. Szczerze zazdroszczę (i sama dążę do) takiej umiejętności ładnego ubierania wszystkiego w słowa.



Kiedy najbardziej koreańską rzeczą w Twoim domu są karty Magica... 
Annie w młodym wieku zaoferowano globalne stypendium Samsunga. Przyjęcie go oznaczało wyjazd do Korei Południowej na dwa lata studiów i późniejszą pracę w korporacji. Dziewczyna postawiła wszystko na jedną kartę i poleciała, nie spodziewając się pewnie wtedy jeszcze, że zagości tam na dużo dłużej...

Książka jest zbiorem pięciu esejów (niech nie zmyli Was nazwa, nie są to żadne naukowe wywody) pisanych przez kolejne lata pobytu w Korei. Autorka opisuje sytuacje ze swoich studiów, życia i pracy w nowym kraju. Jest tego niemało! Tu zupełnie przypadkowo stała się gwiazdą filmu reklamującego jej uczelnię, tam spróbowała akupunktury, codziennie jadła przepyszną, tamtejszą kuchnię, zakochała się w Koreańczyku i wyszła za niego za mąż... Z drugiej strony też przechodziła operację kolana, była świadkiem okrutnego traktowania psów czy odwiedziła przepełnione smutkiem metro w Daegu tuż po okropnej katastrofie, w której zginęło dwustu ludzi.

Bardzo podoba mi się postawa Anny w stosunku do Koreańczyków. Zdaje sobie sprawę ze swojej "obcości", lecz nie afiszuje się z nią. Stara się zrozumieć i zaakceptować społeczeństwo, w którym się znalazła, z roku na rok pogłębiając swoje zainteresowanie tamtejszym światem coraz bardziej. Jest otwarta na nowe doświadczenia, lecz nie kosztem utracenia swojego własnego "ja".


"Zdarzyło mi się też składanie raportu u szefa, który w pewnym momencie zaczął pochrapywać z otwartymi ustami (na dodatek wcześniej musiałam mu użyczyć swojego swetra, bo mu się zrobiło zimno). W odpowiedzi na moje pełne konsternacji milczenie zadał jak najbardziej rzeczowe pytanie i kazał kontynuować. Po czym ponownie zapadł w wielozadaniowy sen, od czasu do czasu wtrącając trzeźwy komentarz."

Anna, przy jednoczesnym opisywaniu swoich przygód, przedstawia też swoje poglądy i obserwacje na temat tamtejszego społeczeństwa. Tego w książce znajdziemy bardzo dużo! Zabierając się za lekturę miałam nadzieję na soczysty opis mentalności, zachowań, nawyków i uwarunkowania historycznego do takich, a nie innych postaw Koreańczyków... i nie zawiodłam się, a nawet mile zaskoczyłam, bo dostałam więcej niż chciałam!

Jako, że jest to moja pierwsza książka o Korei (nie licząc oczywiście "Elementarza Pielęgnacji"), wydawało mi się, że ciężko będzie mi się wypowiedzieć odnośnie prawdziwości wszystkich tez w niej zawartych. Zawsze staram się z pewnym dystansem podchodzić do osobistych zapisków czy relacji, wiadomo, muszą być nacechowane emocjonalnie, tu jednak... nie potrzebowałam. Od razu można wyczuć gdzie autorka kierowała się chwilowym uniesieniem, a gdzie jej pióro przelało na papier bardziej przemyślane i ułożone wcześniej myśli. Książka "W Korei" zawiera zdrową dawkę jednego (wystarczająco emocjonalnie by nie odnieść wrażenia, że pisał ją robot) jak i drugiego (podając ciekawe obserwacje, lecz nie na tyle, by zanudzić).

Co by nie było, że książka ma same zalety... Hmm...
Mogłaby być dłuższa :p

Zdecydowanie polecam osobom zainteresowanym choć w niewielkim stopniu Koreą Południową. Szczególnie tych, którzy swoją fascynację opierają głównie na K-popie czy dramach. Rzeczywistość czasem depcze wyobraźnię...

Więcej pióra autorki można przeczytać też na jej blogu (*^▽^*)

Ja na pewno sięgnę jeszcze po jej publikacje. Temat Korei Południowej na pewno powróci jeszcze na bloga :3

Wesoło hasając sobie w Internecie natrafiłam na coś opisywanego "koreańskim rytuałem pielęgnacyjnym"...

Mimo, że Korea jest bardzo nisko na liście moich ulubionych azjatyckich państw, a kosmetyki (chyba, że do włosów) są dla mnie średnio interesującą sprawą, temat jakoś mnie wciągnął i nim się obejrzałam, po przeczytaniu wielu blogów i for, tego samego dnia robiłam wielkie zakupy w sklepach on-line, by wprowadzić taki rytuał pielęgnacyjny do swojego życia. Teraz na łazienkowej półce trzeba będzie zrobić miejsce na nowe olejki, esencje, kremy czy maski-płachty w urocze zwierzaczki, eh... (ciężkie życie)

Zauważyłam, że praktycznie wszystkie blogerki opisujące temat powoływały się na jedną książkę autorstwa Charlotte Cho zatytułowaną "Sekrety urody Koreanek. Elementarz pielęgnacji". Zaopatrzyłam się w tą publikację, spodziewając się raczej średnio ciekawych informacji podanych w nudny sposób, i zaczęłam czytać.



Charlotte jest Koreanką urodzoną w Ameryce, żyjącą życiem typowej mieszkanki Stanów Zjednoczonych. Nie obce są jej długie pobyty na kalifornijskiej plaży, wylegiwanie się na słoneczku i późniejsze dumne obchodzenie się ze swoją opalenizną. Filtry UV? Zmywanie makijażu? A po co, a komu to potrzebne?

Wszystko zmienia się jednak, gdy w wieku dwudziestu dwóch lat przenosi się do pracy w Korei, gdzie uroda ma całkowicie inny wymiar. Wszyscy wolą pielęgnować swoją cerę, zamiast ją tuszować. Wyglądają pięknie, rześko, zdrowo i młodo. Nawet mężczyźni wiedzieli więcej o pielęgnacji skóry niż Charlotte, a współpracownicy żartobliwie dogryzają jej z powodu mniej schludnego wyglądu!

Dziewczyna uznała, że czas najwyższy wsiąść się za siebie. Przez lata zgłębiła tajemną wiedzę Koreanek i zafascynowała się ich rytuałami do tego stopnia, że otworzyła sklep z kosmetykami, a po powrocie do Stanów została kosmetyczką. Postanowiła podzielić się ze światem swoimi radami wynikłymi z własnego doświadczenia... w tej właśnie książce!



"Jeśli oczy są zwierciadłem duszy, to skóra wokół nich to barometrem twojego wieku (nie brzmi to równie poetycko, prawda?)"

Zacznę od tego, że jakiekolwiek pojęcia z tej dziedziny są dla mnie obce. Autorka jednak wyjaśnia wszystko bardzo prosto i przyjemnie, momentami nawet żartobliwie. Dokładnie opisuje każdy z dziesięciu kroków codziennej pielęgnacji Koreanek oraz równie dokładnie wyjaśnia, dlaczego każdy z nich jest pożyteczny. Podaje na co zwracać uwagę przy konkretnych typach cery, jakie składniki są dla nas dobre, a jakie nie, co powinno znaleźć się w naszej kosmetyczce... no i wiele, wiele więcej. Jeśli przypadkiem trochę siedzisz w tym temacie, to pewnie sporo rzeczy będzie już dla Ciebie jasne. Jeśli, tak jak ja, nie, to dowiesz się wielu nowości.


10 kroków koreańskiej pielęgnacji - rysunek z książki

Jeśli tematyka urody mieszkanek Korei Cię nie interesuje, a sam kraj wydaje Ci się ciekawy... sięgnij i tak po tę pozycję! Poza faktami dotyczącymi piękna autorka przytacza też przykładowo opis koreańskich spa, ichniego jedzenia, czy też podaje swój własny miniprzewodnik po Seulu. Mi osobiście bardzo podobało się to, że książka pisana była przez Koreankę z amerykańskimi korzeniami - Charlotte potrafiła obiektywnie ocenić zarówno mentalność jednego, jak i drugiego świata. Porównywała zarówno rynki kosmetyczne jak i uwarunkowania historyczne wpływające na takie a nie inne postrzeganie urody w krajach azjatyckich i europejskich.

"Podczas jazdy windą do mojego mieszkania podsłuchałam, jak starszy mężczyzna wita stojącą obok mnie kobietę słowami: "Pani cera wygląda dziś wspaniale".
Przyjrzałam się ukradkiem tej ponoć idealnej cerze. Rzeczywiście, okazała się promienna i jasna. Patrzyłam na kobietę na oko przed trzydziestką, choć mogła być starsza i dekadę lub więcej."


Książkę czyta się lekko i przyjemnie. Charlotte zwraca się do czytelniczki jak do koleżanki. Radosny i żartobliwy ton w jakim napisana jest lektura pozwala na miłe przyswojenie sobie wielu nowych informacji. No i są też urocze rysunki.

Oczarowują Cię azjatyckie piękności? Ciekawią Cię strategie koreańskich koncernów? Chcesz bardziej zadbać o cerę i własne samopoczucie? Masz ochotę na wydanie pewnej sumki w drogerii? Chcesz dowiedzieć się więcej o Korei? Sięgaj śmiało po tę książkę!

PDFa można pobrać na blogu inmakeupbag, serdecznie zapraszam! ^^

Recenzja została stworzona dla fanzina lokalnego klubu fantastyki Maskon. Drugi numer Pćmy, bo tak owy magazyn się nazywa, ma następujący podtytuł: „Dwa oblicza fantastyki: Fantasy i Science-Fiction". 

Widząc go momentalnie przypomniałam sobie o książce, którą ostatnio ukończyłam.
Już wiele lat temu twórcy systemu „Shadowrun” pokazali, że da się zgrabnie połączyć te dwa z pozoru różne światy. Podobnie udało się to też Panu znanemu jako Peter Watts. Ten z wykształcenia biolog morski, z zamiłowania pisarz, w swojej powieści „Ślepowidzenie" zawarł to, co przypadnie do gustu każdemu fanu fantastyki - kosmos, pierwszy kontakt z obcą cywilizacją i... krwiopijcę.


Ślepowidzenie - Peter Watts

Garstka ludzi zostaje wysłana w odległe zakątki kosmosu, by zmierzyć się z nieznanym. Dowodzi im ich naturalny wróg - wampir. Wilk w stadzie owiec. Co może pójść nie tak?

Lektura nie jest, wbrew pozorom, jakimś literackim eksperymentem stworzonym jedynie dla samego tworzenia, o nie! Bo pewnie na pierwszy rzut oka może się tak wydawać - wampiry, obcy, kosmos... To nie może trzymać się kupy. A jednak! „Ślepowidzenie” to science fiction z najwyższej półki. Spis źródeł które autor wykorzystał do jak najwierniejszego opisu zagadnień astronomiczno-biologiczno-psychologicznych ma aż 144 solidnych pozycji! I do niejednej na pewno będziecie chcieli zajrzeć po zakończeniu lektury.


"Wyobraźcie sobie artefakt uosabiający mękę, coś tak poskręcanego i zniekształconego, że nawet patrząc poprzez niezliczone lata świetlne oraz niewyobrażalne różnice w biologii i myśleniu, nie da się nie czuć, że sama ta konstrukcja cierpi ból.
A teraz powiększcie go do rozmiarów miasta."

Peter Watts w swojej książce ukazuje wizję przyszłości ludzkości – jej sukcesów technologicznych i porażek na podłożu socjalnym. Sporą uwagę czytelnika sprowadza też na kwestie świadomości i inteligencji. Czy jedno może istnieć bez drugiego? Ba, czy inteligencja bez świadomości byłaby efektywniejsza, a jeśli tak, to po co w ogóle człowiekowi jego „ja”? Odpowiedzi na te i inne pytania autor podsuwa nam przy okazji opisu niezwykle oryginalnego pierwszego kontaktu człowieka z nieznaną cywilizacją. Jeśli myśleliście, że temat obcych jest wam znany i nic was już nie zaskoczy... Wtedy na pewno powinniście sięgnąć po "Ślepowidzenie".

Ślepowidzenie - Peter Watts

„Ślepowidzenie” nie jest, zdecydowanie, łatwą lekturą. Wciąga i fascynuje, lecz nie jest to książka na jeden wieczór. Momentami męczył mnie nadmiar technicznych opisów czy astronomicznych szczegółów, które nie wnosiły wiele do fabuły. Dodatkowo też jestem przekonana, że narrator nigdy nie otrzyma statuetki dla najbardziej sympatycznego narratora. Komu jednak Keeton, chłodny obserwator, nie przypadnie do gustu, będzie mógł zaznajomić się przykładowo 
z Amandą, urodzoną przywódczynią odpowiedzialną za ochronę całej załogi, bądź z Bandą, dziewczyną zamieszkałą przez cztery różne osobowości.

Drobne mankamenty nie są jednak żadną przeszkodą ku temu, bym mogła opisać książkę mianem fantastycznej.

"Mózg ma kupę różnych wskaźników. Możesz wiedzieć, że jesteś ślepy, choć nie jesteś; możesz wiedzieć, że widzisz, choć jesteś ślepy. I... owszem, możesz wiedzieć, że cię nie ma, choć jesteś. Lista jest długa, komisarzu. Zespół Cotarda, Antona, syndrom damasceński. Tak na początek."

Dobrze napisana, z masą niecodziennych pomysłów, dająca czytać się lekko mimo całej tej fachowej terminologii, a przede wszystkim zostawiająca czytelnika z czymś więcej niż tylko obowiązkiem ścierania kurzu z zapomnianego później tomiku na półce – refleksją i ciarkami na plecach.

Na pewno jeszcze nie raz do niej wrócę :3

Moja mama co jakiś czas kupuje mi książki, które według niej mogą mi się spodobać... ma jednak talent do wybierania dość miernych tytułów.

"Blondynkę w Japonii" upatrzyła w Biedronce. Okładka naciapana jest wszystkim, co przeciętnemu Kowalskiemu może wydawać się "japońskie" - począwszy od góry Fuji, przez makaki, świątynię, drzewa wiśni po napis... Napis jest po chińsku, nie po japońsku. Shame on you, projektancie!



No ale... nie będziemy oceniać książki po okładce. Jak wypada treść?

Jest to moja pierwsza książka Pani Beaty, więc nie byłam przygotowana na to, co mnie spotkało. Już od samego początku wulkan wykrzykników ("Hurra!!!!!!", "Serio???.......") i przedziwnych stwierdzeń ("Pociag stoi. I choć może się wydawać to niemożliwe, on stoi coraz bardziej!") utwierdził mnie w przekonaniu, że czytam bardziej bloga nastolatki, niż dziennik podróżniczki. Później dowiedziałam się, że autorka po prostu... tak ma. A skoro wydała już tyle książek i jest tak popularna - widocznie są osoby, którym takie nadmierne nacechowanie emocjonalne i niekiedy męczące rozmyślania pasują.


"Konbu to herbata zrobiona z morskich glonów i morskiej soli! Umekonbu to wodorostowa herbata z dodatkiem soli i japońskich śliwek. Słona! Smakuje jak wodnisty gulasz! (...) A ja myślałam, że coś wiem o herbacie!!!"

Najbardziej chyba jednak bolało mnie to, że autorka w zbyt wielu momentach przytaczała swój wegetarianizm - jaki to on jest cudowny i ile daje energii, jak to nie wie dlaczego ludzie trują się konserwantami, jak to ciężko w Japonii o coś, co nie zawiera glutaminianu sodu.

Do baru wchodzi ateista, weganin i feministka. Po czym ich poznać? Spokojnie, bez pytania sami Ci powiedzą. A Pani Pawlikowska spokojnie sama Ci o tym przypomni... co parę stron... Jeśli tak jak ona nie jesteś mięsożercą, a planujesz wypad do Japonii - możesz chcieć zaopatrzyć się we własny prowiant. Bardzo ciężko tam o coś, co nie zawiera ryb czy owoców morza. O same owoce, za wyjątkiem bananów, też może być trudno.

Na plus zaliczam to że, poza powtarzającymi się wiecznie fragmentami o poszukiwaniach jakiegoś "normalnego jedzenia" (płaczę wyobrażając sobie te wszystkie bary sushi, które mijała z obrzydzeniem ;___;), książkę czytało się zadziwiająco lekko. Nie zauważyłam również jakichś błędów merytorycznych, chociaż rzecz jasna uprzedzam, że nie jestem żadną znawczynią Japonii, i coś mogło umknąć mojej uwadze. Beata Pawlikowska porusza tematy związane z między innymi karōshi, buddyzmem, gejszami, opisuje reakcje Japończyków na gaijina i swoje perypetie z pociągami, jak również przedstawia swoje opinie dotyczące sytuacji tamtejszego społeczeństwa i roli przypadającej w nim kobietom.



Ja sama, czytając "Blondynkę w Japonii", dowiedziałam się paru nowych rzeczy - jak choćby to, że ciężko tam o zieloną herbatę, jaki procent Japończyków stanowią wegetarianie, albo jak greccy historycy opisywali ludzi mieszkających w Azji. Czasem też się pośmiałam, a czasem z zażenowaniem czytałam typowo "blondynkowe" komentarze. Przez pozycję przebrnęłam jednak szybciutko ze względu na dużą czcionkę, wielkie odstępy między akapitami i upchanymi gdzieniegdzie zdjęciami i rysunkami.

A! Jeśli o zdjęcia chodzi - osoby posiadające telefon z Androidem bądź iOSem mogą ściągnąć sobie specjalną aplikację dzięki której, po zeskanowaniu fotografii z książki, przekieruje nas do większej galerii. Jako posiadaczka Lumii nie wypowiem się jednak o działaniu tegoż programu. Podobno działa :3


"Bezdomny siedzi w kącie schodów. Na kawałku kartonu, wychudzony, w łachmanach. Ma może czterdzieści, a może sześćdziesiąt lat. Trudno zgadnąć po brudnej, zarośniętej twarzy. Siedzi tam jak duch. Tak, jakby znajdował się w innym świecie. I rzeczywiście, setki ludzi mijają go tak, jakby był niewidzialny.
Halo!
Przed chwilą kupowaliście torby ciasteczek dla jeleni! Przynosiliście im te ciasteczka mimo że jelenie były tak najedzone, że nawet nie chciało im się wstać! A tutaj siedzi ktoś, kto jest naprawdę głodny!
Halo!... Ludzie z miasta wielkiego Buddy!
Dokąd tak pędzicie?..."

Podsumowując - oczywiście są dużo lepsze książki o Japonii. Oczywiście pozycja nie jest warta swojej okładkowej ceny. Spodziewasz się poważnego reportażu o Kraju Kwitnącej Wiśni? No niestety. Oczekujesz zapisek myśli średnio rozgarniętej podróżniczki i chcesz przy okazji dowiedzieć się czegoś o Japonii? Trafiony zatopiony. Jest to książka, która z pewnością spodoba się mojej mamie. Lekka, ale niosąca ze sobą pewne ciekawe informacje. Warta do wypożyczenia z biblioteki, choćby po to, by samemu wyrobić sobie o niej zdanie. Mnie osobiście momentami niezwykle irytowała i nie zachęciła do zakupu innych pozycji napisanych przez Pawlikowską, ale nie żałuję jej przeczytania. Mimo swoich wad była po prostu "okej" ^^

Jakie jest Wasze zdanie na jej temat?

Ostrzegano mnie przed tą lekturą. Dostałam ją od mojej nieświadomej tego faktu mamy, więc postanowiłam sama sprawdzić, czy faktycznie nie należy do najlepszych. Przecież chyba aż TAK źle być nie może?

Japonia w sześciu smakach - Anna Świątek
Nie przeczytałam chyba żadnej innej książki o Japonii, której autorką byłaby osoba tak ignorancko i infantylnie podchodząca do tematu, o którym pisze. Tym bardziej, że skończyła ona studia powiązane z tym tematem! Można by pomyśleć, że ludzie po japonistyce są pasjonatami, a już na pewno mają jakiekolwiek pojęcie o Kraju Kwitnącej Wiśni... nie mówię tu o dogłębnym wczytywaniu się w jakieś historyczne fakty czy ślęczeniu nad naukowymi esejami - w wielu momentach wystarczyło tylko zajrzeć do internetu, bądź zaznajomić się z kilkoma, nawet polskimi, trochę bardziej ambitnymi wydaniami z tej dziedziny, by uniknąć wielu pomyłek i niedomówień na liczne tematy (Japonki które rzekomo zasłaniają usta podczas śmiania się z powodu swoich krzywych zębów? Co ja czytam?). Może, ale tylko może, lepszy odbiór książki miałabym, gdybym nie wiedziała o ukończonych studiach autorki, a początek książki zaczynałby się raczej od "jestem głupim gaijinem" niż "jestem białym Japończykiem".

Większą część książki stanowiły opisy codziennych perypetii autorki, niż opis kraju i jego mieszkańców. Anna Świątek nawet nie starała się zrozumieć toku ich myślenia. Więcej rozwodziła się nad własnym wyglądem (mmm, długie, farbowane, jedwabiste blond włosy, duuuże, pomalowane, niebieskie oczy), charakterem (no wiecie, taka ze mnie humanistka!) czy rzucaniem odkrywczych hasełek w stylu, cytuję! "Najwyraźniej co kultura, to inna obyczajowość".

No dobra... jakieś plusy? Na pewno wydanie. To zabawne - często im mniej treściwa książka, tym ładniejsza i bardziej zachęcająca do kupna szata graficzna i papier (Przypadek? Nie sądzę - podobnie chyba jest też z ludźmi ;>). W książce można znaleźć również bardzo ładne fotografie.

Japonia w sześciu smakach - Anna Świątek

Nieważne ile książek i artykułów nie przeczytam na temat Kraju Wschodzącego Słońca, w każdej kolejnej zawsze znajduję coś nowego. Tutaj, rzecz jasna, sprawa nie ma się inaczej. Na pewno można znaleźć w niej ciekawe informacje (chociaż polecam je weryfikować samemu, bo choć autorka pisze je z przekonaniem - niektóre prawdziwe nie są) i ciekawostki, jednak sam sposób pisania zwyczajnie dobija.

Nie poleciłabym tej książki osobie, która zaczyna swoją przygodę z Japonią na poważnie. Tym bardziej nie polecam jej osobom, które już w temacie siedzą (no chyba, że chcą się trochę pośmiać).

Dla laika, który coś tam chce się wiedzieć, lecz zbytnio nie wgłębiać - być może. Chociaż dla takiej osoby rekomendowałabym prędzej Tatami kontra krzesła" Rafała Tomańskiego bądź chociażby już nieszczęsną, choć łatwo dostępną "Blondynkę w Japonii" Pani Beaty Pawlikowskiej, której to recenzja niedługo również ukaże się na moim blogu.

Niestety na razie "Japonia w sześciu smakach" 
jest najgorszą pozycja w mojej japońskiej biblioteczce :c