Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

12 września 2017

Medycyna (nie)naturalna

    Metty od wczoraj nie czuła się dobrze. Gdy żołądek odmówił jej posłuszeństwa w czasie obiadu, a rodzicielka uznała to za obrazę swych zdolności kulinarnych, dziewczyna postanowiła wymknąć się do Centrum Medycznego w Thoruniu. Zasłaniając się koniecznością udania się do Biblioteki, wyszła na przystanek i wsiadła w pociąg odjeżdżający w stronę Miasta.

    Jadąc tak, dziękując w imieniu swojego żołądka za gładko sunące pojazdy magnetyczne i magiczne wspomaganie procesów ich wytwarzania, myślała o tym jak Thoruń zawsze jednocześnie ją odstraszał i fascynował.

    Z racji sfiksowanych na punkcie natury rodziców wychowała się na obrzeżach Miasta. Elfki i driady, studiujące wraz z nią na Uniwersytecie Magicznych Konceptów, czuły się w Metropolii lepiej niż ona. Nie miały problemów ze skomplikowanym systemem komunikacji miejskiej, przyzwyczajone też były do wszechobecnych, wyświetlających się przed oczyma jaskrawych reklam. Aż ciężko było uwierzyć, że ich przodkowie mieszkali w lasach.

    Po krótkiej przejażdżce Metty wysiadła z pociągu i skierowała się do najbliższego Centrum Medycznego.


    W CM jak jest - każdy wie. Standardowa procedura, jak w każdej służbie zdrowia. Wita Cię rząd pięknych pielęgniarek. Z tą, która wpadnie Ci w oko, wspólnie udajecie się do kapsuły diagnozującej. Dostajesz napitek w zależności od potrzeb (Chrypex dla osób z bolącym gardłem, setka wódki dla skacowanych osobników zgodnie z zasadą „czym się zatrułeś, tym się lecz”), siadasz wygodnie i czekasz.


    Fale prześwietlają każdy skrawek Twojego ciała. Mija chwila i dostajesz wydruk na podstawie którego pielęgniarka prowadzi Cię do kapsuły leczniczej (wersja dla chorych), gabinetu specjalisty (jeśli potrzebujesz porozmawiać z lekarzem w cztery oczy), albo do wyjścia (wersja dla symulantów).


    Najczęściej jednak pacjenci udają się do kapsuły leczniczej. W zależności od postawionej diagnozy, pozostają tam na czas od dwóch minut (przeziębienie) do dwóch godzin (poparzenia magiczne).


    Metty szybko przeszła przez wszystkie kroki. Wyszła właśnie z kapsuły leczniczej, ale… momentalnie chwyciła się za brzuch, z trudem opanowując mdłości. Pielęgniarka, która miała odprowadzić dziewczynę do wyjścia, zamarła. Coś takiego nie powinno mieć miejsca! Po chwili konsternacji wzięła chorą pod rękę i zawlokła do gabinetu specjalisty.


    Lekarz kransolud, z początku zakładający symulację pacjentki, zaciekawił się, gdy po odczycie chipu z dłoni Metty ujrzał miejsce jej zamieszkania.


    Ponad dwadzieścia lat temu, na wysoko rozwiniętych technologicznie obrzeżach metropolii Thoruńskiej (tak, to tam mieszka Metty z rodzicami!), doszło do małej katastrofy elektrowni atomowej. „Oj tam, oj tam, elektrownia nie piwo, krzywda się nie stanie, jak trochę wycieknie”, stwierdzili orkowie - pracownicy zakładu, którzy obecni byli przy zdarzeniu. Właściciele elektrowni zacisnęli zęby i zapłacili za oczyszczenie skażonego środowiska, jak również postarali się o wynagrodzenie dla nielicznych rodzin mieszkających na tamtych terenach. Jako, że poza Miastem domy mieli jedynie maniacy „natury” i „otwartej przestrzeni” (jedynie w okolicach przemysłowych zachowało się parę lasów czy pól), sprawa w mediach szybko ucichła.


    Mimo szczerych zapewnień przedstawicieli elektrowni, że wyciek tego rozmiaru nie będzie miał wpływu na zdrowie mieszkańców skażonych terenów, prawda okazała się inna. Faktycznie - nikomu nie wyrosła trzecia ręka (szkoda, ja bym takiej mogła tylko pozazdrościć, pomyślcie o możliwościach!) ani nie odpadło ucho. Wszyscy wydawali się zdrowi do czasu…


    Do czasu aż przypadek Metty pokazał, że mogą mieć oni problem z reakcją na uzdrawiające fale.


    Lekarz podrapał się w brodę, nie wiedząc, co począć z takim przypadkiem. Przypadłość wydrukowana przez sprzęt diagnozujący nic mu nie mówiła. Nikt nie uczył się już żadnych prehistorycznych choróbsk, z którymi uzdrawiające fale radzą sobie w oka mgnieniu.


    Każdy nierozwiązany przypadek to jednak spora ujma dla reputacji specjalisty. A ujma dla reputacji oznacza niższą premię.


    – Obawiam się, że Pani przypadek nie jest uleczalny.


    Metty, co mogło wydawać się niemożliwe, zbladła jeszcze bardziej.


    – J-jak to… czy ja… – Zrobiła wielkie oczy widząc, jak lekarz z powagą kiwa głową.


    – Proszę miło wykorzystać pozostały Pani czas. Pozdrawiam. – Krasnolud machnął ręką, na co pielęgniarka podeszła i zaczęła wyprowadzać szarpiącą się i żądającą wyjaśnień Metty w kierunku wyjścia.


    – Dziękujemy za wizytę! – Pielęgniarka ukłoniła się, wypychając zdezorientowaną dziewczynę na schody. Ta przez chwilę kręciła się w miejscu, nie wiedząc, co z sobą począć. W żołądku skręcało ją coraz mocniej.


    Z rozmyślań wyrwał ją znajomy głos.


    – Metty? Co się stało?


    Odwróciwszy się dziewczyna zauważyła swoją znajomą ze studiów - El, rzadkiego rodzaju szarą elfkę.


    Pokrótce objaśniła jej swoją sytuację.


    – Nie chcę umierać… – Zakończyła Metty, zakrywając twarz dłońmi.


    – Cicho, cicho, coś zaraz wymyślimy! – Zaczęła uspokajać ją elfka, gdyż tłum ludzi
przechodzących obok CM zaczął rzucać im dziwne spojrzenia. Wyrwała kartkę z diagnozą z jej dłoni i uważnie ją przestudiowała. – Może znam kogoś, kto będzie w stanie Ci pomóc.


    Desperacja przemawiająca przez Metty pozwoliła zatroskanej El na zaciągnięcie jej do uliczki obok.


    Mimo, że główne drogi i chodniki naziemne Miasta były tak zadbane, że niemal sterylne, wystarczyło odejść na kilka kroków, by poznać drugą twarz Metropolii. Walające się śmieci, bezdomne psy i przede wszystkim smród, który normalnie oddzielany jest od ulic powietrznymi kurtynami.


    El, rozejrzawszy się wcześniej na boki, kucnęła na ziemi tuż koło okrągłej, metalowej kratki.


    – Zaczekaj tutaj. Zaraz wrócę – powiedziała, po czym, z pewnym wysiłkiem, odsunęła
kratkę na bok i z gracją… wskoczyła do dziury.


    Metty zerknęła w dół. Ścieki.


    Gdy jej oczy przyzwyczaiły się do panującej tam ciemności, zauważyła dwa kształty szybko przemieszczające się po labiryncie podziemnych korytarzy. Czyżby...?


    Po paru minutach z dziury wyłoniła się uśmiechnięta głowa El.


    – Czy tam w dole... – Zaczęła, a uśmiech jej koleżanki potwierdził przypuszczenia Metty. – Żartujesz! Myślałam, że to tylko legendy!


    – Ależ skąd. Ścieczne elfy istnieją i mają się dobrze – powiedziała elfka, wychodząc ze ścieków i przykrywając z powrotem dziurę.


    – Tam zresztą są znacznie bliżej natury niż na powierzchni… Przynajmniej tak twierdzi moja babcia – mrugnęła łobuzersko, widząc niedowierzanie malujące się na twarzy Metty. – Babcia mówi, że nie masz się martwić. Od tego całego „zatrucia pokarmowego” się nie umiera. Twoje dolegliwości same miną najpóźniej za dwa dni. Masz unikać tego, co jadłaś ostatnio, podobno Twój żołądek uznał to za paskudne.


    Metty głośno odetchnęła z ulgą, po czym sięgnęła pamięcią do wczorajszej uczty z okazji urodzin jej taty i zamarła.


    Jak powiedzieć mamie, że po zjedzeniu jej dań lekarz postawił na niej krzyżyk?

20 sierpnia 2017

Dom w Ulsan, czyli nasze rozlewisko - Małgorzata Kalicińska, Vlad Miller

Temat Korei Południowej wcale mi się nie znudził. Wręcz przeciwnie!

Książkę "Dom w Ulsan, czyli nasze rozlewisko" (lubimyczytać) autorstwa Małgorzaty Kalicińskiej i Vlada Millera pożyczyłam od mamy. Okazało się bowiem, że jest ona całkiem sporą fanką tego kraju! O niczym nie wiedziałam do czasu, aż raz kiedyś wspomniałam jej, że interesuję się koreańską pielęgnacją (swoją drogą musiałam później zamówić jej masę maseczek w płachcie...).

Jeżeli nazwisko autorki coś wam mówi to tak, jest ona dość znaną polską pisarką. Nie bez powodu zresztą podtytuł książki to "nasze rozlewisko" ;3

Historia prosta i banalna. Pani Kalicińska poznała się z Panem Millerem przez Internet. Dwoje dorosłych ludzi po przejściach, z czego on na drugim krańcu świata - dosłownie, bo właśnie w Korei Południowej. Vlad jest bowiem ekspatem. Nigdy wcześniej z takim słowem się nie spotkałam, więc spieszę z wyjaśnieniami osobom, które są w podobnej sytuacji. Ekspat to "gość, który musiał wyjechać ze chlebem" ale level wyżej, niż typowy Seba jadący do Anglii na zmywak. Ekspat to bowiem ekspert w swojej dziedzinie, wysoce wykwalifikowany inżynier, który z racji, przykładowo, problemów politycznych czy ekonomicznych, nie może znaleźć pracy w kraju.

Książka jest napisana z perspektywy dwóch osób - pisarki, odwiedzającego co jakiś czas ukochanego w Ulsan, patrzącej na świat bardziej emocjonalnie, szczególnie lubiącej temat kulinariów oraz inżyniera, postrzegającego otoczenie w bardziej chłodny sposób, odpowiedzialnego za wszystkie zamieszczone w lekturze zdjęcia. A tych jest niemało!


Specjalnie wybrałam takie z cycuszkami. Nigdy więcej zdjęć przy sztucznym świetle, okładka wyszła mi tak źle, że aż jej nie wstawię! A w roli "rekwizytów" miały być ostre papryczki!

Lektura opowiada o codziennym życiu i pracy w Ulsan, jedzeniu, codzienności i mentalności mieszkańców Ulsan, ulubionych rozrywkach i festiwalach Koreańczyków, infrastrukturze, architekturze, sporcie, stosunku do innych, problemach własnych i społecznych... Znajdzie się też opis Koreańskiego szpitala (w pewnym momencie Vlad musiał przejść operację), spa, toalet, sklepów, restauracji i miasteczek. To i wiele, wieeeele więcej, okraszone gdzieniegdzie tęsknotą za Polską i jej kuchnią (pamiętajmy, że autor znalazł się w Korei raczej z przymusu, niż własnej chęci). Raz bardziej rzetelnie, raz bardziej emocjonalnie - koniec końców dobrze wyważone. Ogrom informacji i przemyśleń znajdziemy na ponad czterystu stronach zapełnionych nie tylko tekstem, lecz również fotografiami, świetnie oddającymi klimat odwiedzanych przez autorów miejsc.

(Mi osobiście bardziej przypadł do gustu styl pisania pana Millera :3)

Bardzo miło czyta się o życiu codziennym poza Stolicą. Książek o samym Seulu trochę już jest - o mniejszych miastach (no, "mniejszych", wciąż liczniej zamieszkanych od Warszawy...) już mniej.

Wartym uwagi jest też fakt, że Vlad spędził w Korei aż jedenaście lat! Wiele przez ten czas widział, wiele przeżył. Zdążył dobrze przypatrzeć się społeczeństwu, zauważał zachodzące wokół zmiany, znalazł też wiele zachowań i rozwiązań, które z chęcią widziałby w Polsce, a których pewnie, z racji naszej mentalności, nie dałoby wprowadzić się w życie. Zawsze takie rozmyślania kończył słowami "Dlaczego to u nas nie jest możliwe?". Było tego zadziwiająco dużo...


"Na ostatniej stronie "Korean Times" w wersji angielskiej zamieszczano felietony, często pisane przez ekspatów. Zaintrygował mnie jeden z nich, zatytułowany Czy jesteś już prawdziwym Koreańczykiem? Autor sugerował, by sprawdzić:
- czy smakuje ci kimchi?
- czy polubiłeś już soju?
- czy zachowujesz się już hałaśliwie po spożyciu jego większej ilości?
- czy poklepujesz już znajomych po ramieniu?
- czy kłaniasz się innym, dziękując za coś (na przykład w sklepie)?
- czy zmieniasz na drodze pas ruchu bez włączania kierunkowskazów?
- czy włączasz się do ruchu, nie bacząc na samochody jadące ulicą?"


Jedyne do czego muszę się przyczepić to wydanie książki. Papier jest kredowy, ciężki. Choć kolory wyglądają na nim cudownie, co podkreśla fotografie, to z racji swoich właściwości zwyczajnie się błyszczy, co nie sprzyja czytaniu, szczególnie wieczorem przy lampie :c Dodatkowo okładka jest miękka (cóż za szkoda!), grzbiet szybko się odkształca i zwyczajnie nie wygląda za ładnie. Po przeczytaniu książki przez moją mamę, dziadków i mnie - jest już zwyczajnie mocno odgnieciona i nie prezentuje się dobrze.

Jedyną rzeczą, która może ewentualnie sprawiać pewne trudności w odbiorze książki jest fakt, że napisana jest przez osoby dojrzałe (nie powiem "stare", co by mama mi nie posmutniała, jak to kiedyś przeczyta), więc i styl bywa momentami dosyć... dojrzały.
Nie wiem czy wiecie o czym mówię :'3

Nie mniej jednak polecam zdecydowanie! Jeśli interesuje Was temat Korei Południowej - jak najbardziej sięgnijcie po "Dom w Ulsan"!

19 sierpnia 2017

Kiedy książka jest za dobra...

Założyłam tego bloga z chęci dzielenia się z innymi moimi doświadczeniami z przeczytanych książek.

Raz kiedyś trafia się jednak lektura, która jest tak dobra, że aż niemożliwa do opisania od razu. I choć chcesz, naprawdę bardzo chcesz podzielić się nowym odkryciem, to siła ciągnąca Cię do sięgnięcia po dalszy tom albo inną książkę tego samego autora jest zbyt wielka, by skrobnąć choć krótką recenzję.

Ostatnio miałam tak z serią "Czarnego Maga" na którą składa się "Uczennica Maga", "Gildia Magów", "Nowicjuszka" i "Wielki Mistrz" autorstwa Trudi Canavan. Tyle zapisałam po przeczytaniu pierwszego tomu:


Nie wiem, czy kiedykolwiek przeczytałam tak długą książkę. Przez historię zapisaną na ponad ośmiuset stronach przechodziłam przez wiele dni... czy było warto?
Nie zostawię Was z tym pytaniem do końca i odpowiem już teraz - otóż jak najbardziej, warto.
Książka jest wstępem do Trylogii Czarnego Maga autorstwa Trudi Canavan.
Tessia jest młodą dziewczyną, która większość swojego życia spędziła pomagając ojcu przy uzdrawianiu mieszkańców majątku w którym mieszka. Pomimo tego, iż jej wiedza medyczna jest niemała i z pewnością pomogłaby niejednemu człowiekowi, nie może zostać samodzielną uzdrowicielką ze względu na płeć. Są to bowiem czasy, w których kobieta nie zdobyłaby żadnego zaufania na takim stanowisku. Ojeciec Tessii już myśli o przygarnięciu kogoś do nauki, a matka od zawsze załamywała ręce na medyczne aspiracje córki.


Po czym zabrałam się za kolejne 3 tomy, czytając ciągiem przeszło tysiącstronicową trylogię. To dlatego mój ostatni wpis jest z czerwca! Trafiłam wtedy na tą serię i przepadłam na dobre.
Może właśnie powyższe zdanie powinno być wystarczającą rekomendacją? Dla mnie by było. Dla tych, co potrzebują nieco więcej informacji - proszę czytać dalej ;3

6 czerwca 2017

Tyrani Ziemi – czas i przypadek

Dzisiaj coś autorskiego. Short sprzed jakiegoś roku. Jest to chyba jedyna forma jaka zawsze w miarę mi wychodziła - napisać coś szybko pod wpływem emocji, nawet tego nie czytać, opublikować! Później dopiero wychodzą te wszystkie błędy, błędziki, błędziątka... ale cóż, zawsze to jakieś ćwiczenie pióra. Teraz w końcu pracuję nad czymś większym. Zobaczymy jak będzie...
pewnie jak zawsze ╭( ・ㅂ・)و
***

Peter McCullan od dziecka miał wielkie, niemal nieprawdopodobne szczęście. Już jako brzdąc uzyskał rangę Geniusza, gdy przypadkiem dostał się do laboratorium swojego ojca i pozmieniał parametry (Uuu! Guziiiczkii!) pewnej wielkiej maszyny, pomagając tym samym odkryć specyfik niezwykle pożądany przez koncerny farmaceutyczne.

Dalej wcale nie było gorzej. Na pierwszym poziomie zajęć Neochemii w Szkole Gwizdnej coś podkusiło go, by zadać nauczycielce pytanie dotyczące zadania oznaczonego w podręczniku gwiazdką. Dziwnym trafem przeczytał je nieco źle, lecz chemiczka, nieświadoma niczego, zaczęła rozwiązywać je na tablicy. Po godzinie żmudnych obliczeń wykrzyknęła nagle „Eureka!”, wybiegła z klasy i... miesiąc później rzuciła szkołę, by zamieszkać w drogiej willi w Nowym Nowym Yorku. Wygrała na loterii, czy co?

Nawet szkoła średnia, często znienawidzona przez butnych, żądnych wolności rówieśników, nie była dla chłopaka utrapieniem. W mig opanował grę na laserowej gitarze i jako jedyny w historii pierwszak wstąpił do uwielbianego przez wszystkich, szkolnego zespołu. Szybka nauka instrumentu udała mu się ze względu na nietypową wadę genetyczną - miał nieco dłuższe palce niż inni ludzie, co wręcz idealnie nadawało się do laserowych strun. I jeszcze do... paru innych rzeczy, jak twierdziły fanki zespołu.

Przyszedł czas na studia – Fizykę Nadrelatywną. Peter, kto by pomyślał, osiągał najlepsze wyniki na swoim kierunku, na który dostał się notabene przypadkiem. A to już w ogóle przeciekawa i prześmieszna historia, wiecie? Ahaha! Haha! Aż mi się łezka w oku zakręciła, jak ją sobie przypomniałem. No ale idąc dalej..

Koledzy Petera ze studiów po otrzymaniu dyplomu wyruszyli na podbój rynku pracy (któż lepiej wysmaży mięsko jak nie magister fizyki, który przecież wie wszystko o wymianie ciepła!), zaś sam McCullan został na uczelni pracując nad wymarzonym doktoratem z Pętl Czasu. Co ciekawe, początkowo uniwersytet, z racji braku pieniędzy, nie był w stanie sponsorować badań nad tym tematem. Dopiero anonimowy przelew od pewnej znanej chemiczki umożliwił otwarcie przewodu doktorskiego dla Petera.

Do trzyosobowej grupy badawczej w pewnym momencie dołączyła Jenna Yirys, piękna i utalentowana doktorantka z Londynu2. Po pierwszym dniu pracy poszli na piwo. Po drugim też. Po trzecim poszli już do McCullana. Po czwartym też, a dziewczyna została na dłużej.

Lubili te same gry. To samo jedzenie. Czytali te same książki. Mieli identyczne poglądy na politykę, naukę, sztukę. Wydawało się, że cudowniej być nie może. Ale było. Bo z każdym dniem, z każdą jedną minutą ich tajemnicze uczucie przybierało na sile. I tak, 10 lat po ślubie, wciąż patrzeli na siebie tym samym wzrokiem, co na studiach.

W pewnym momencie życia Peter zaczął odczuwać strach. Nie taki zwykły, jak to niektórzy mają przy widoku z wysokości czy przed guzikami, tylko paraliżujący, odbierający wszelką radość lęk przed stratą. Lęk przed bezsilnością, że gdyby coś stało się Jennie, nie potrafiłby nic zrobić. Peter czuł, że życie jest dla niego zbyt łaskawe. Bogini Szczęścia była nieco za bardzo hojna od samego początku i miał niejasne przeczucie, że niedługo może strzelić focha. Ku rozpaczy żony zaczął mniej sypiać, więcej myśląc nad ewentualnymi scenariuszami przyszłości, niż słodkim filmem teraźniejszości. Strach, nawet po licznych konsultacjach z lekarzami, nie dawał mu żyć. Postanowił wyjść mu na przeciw i rozpoczął badania nad Cofaczem.

To było wielkie przedsięwzięcie. Peter całe dnie spędzał w swoim laboratorium, majsterkując nad małym pudełkiem, dziełem jego życia. W chwilach zwątpienia czule gładził, zamkniętą w pięknej ramce na biurku, lekko pożółkłą już fotografię żony. To wszystko dla niej... Wszystko dla niej... Gdyby tylko coś jej się stało, mógłby ją uratować...

Pewnego jesiennego poranka... zrobił to. W drżące ręce ujął pudełeczko, z niedowierzaniem oglądając je ze wszystkich stron.

A jednak Bogini Szczęścia się od niego nie odwróciła!

Trzymając mocno dorobek swojego życia wybiegł na dwór, z trudem odnajdując drogę do domu. Biegł, mijając ludzi, którzy w obrzydzeniu oglądali się za nim i szeptali za jego plecami. Ale Petera to nie obchodziło. Co z tego, że przez te wszystkie lata tak strasznie się zapuścił. Teraz nic i nigdy nie stanie na drodze jego szczęściu! Jeśli tylko coś... cokolwiek przytrafi się Jennie, będzie potrafił cofnąć się w czasie i znaleźć na to rozwiązanie!

Udało mu się dotrzeć do domu. Pchnął drzwi i rozbieganym wzrokiem zaczął szukać ukochanej. Zatrzymał się na biurku, na którym leżały jakieś cudze rzeczy. Na starej kobiecie, stojącej przy kuchence, której twarz zamarła w przerażeniu. Na mężczyźnie, siedzącym na kanapie przed holotelewizją.

- Jenna! – zawył. – Gdzie ona jest? Co jej zrobiliście?

Mężczyzna natychmiast wstał i podbiegł do Petera, próbując wypchnąć go z mieszkania. Kobieta dopiero po chwili odzyskała mowę.

„To ja...”, cicho wypowiedziane przez starszą panią wstrząsnęło Peterem. Z trudem zaczął rozpoznawać oczy, kości policzkowe, wreszcie głos swojej żony.

Ze złością odepchnął obcego mężczyznę i podbiegł do Jenny. Ta cofnęła się, napierając plecami na kuchenkę. Peter wyciągnął Cofacza i aktywował go. Z obłędem w oczach sięgnął po leżący na stole nóż, niewzruszony lamentem kobiety.

- To ja spędziłem wieczność... szukając sposobu na uratowanie Cię... – powiedział i pchnął ostrze w brzuch swojej ukochanej. Lament zamienił się w krzyk, a ręce, zimne i nieczułe, ociepliły się od krwi.

Z obłędem w oczach sięgnął po leżący na stole nóż, niewzruszony lamentem kobiety.

- To teraz Ty... całą wieczność... – cedził w szale, mechanicznie zadając pchnięcie.

Z obłędem w oczach sięgnął po leżący na stole nóż, niewzruszony lamentem kobiety.

- Masz mnie błagać... o ten ratunek... – ciało mężczyzny znów zaatakowało.

Mężczyzna wraz z kolejnymi powtórkami, gdy bez przerwy śmiertelnie ranił swoją ukochaną, zaczął powoli odzyskiwać jasność umysłu. Władzy nad ciałem jednak nie odzyskał. To ono samo łapało nóż i samo bezlitośnie rozcinało brzuch Jenny, która za każdym razem równie głośno krzyczała i równie żałośnie płakała. Niemożliwym do opisania jest co czuł Peter, zaczynając rozumieć co takiego zrobił, co mógł zrobić i ile stracił przez ostatnie lata. W jakiej rozpaczy i bezmocy znalazł się, co chwila zabijając jedyną kobietę którą w życiu kochał.

Cóż, chyba nikt nie jest w stanie docenić prawdziwego szczęścia, nim nie doświadczy prawdziwego smutku. Wie o tym doskonale Bogini Szczęścia, która widziała jak przy tworzeniu Cofacza mężczyzna sięga po wadliwy tranzystor... i, choć mogła zareagować, nie zrobiła tego.

28 maja 2017

Szkoła Kotów. Tajemnica Kryształowej Groty - Jin-kyung Kim

Szkoła Kotów. Więcej nie było mi trzeba, by od razu kupić tę książkę.





Tak, sam tytuł zapewne by wystarczył, jednak dodatkową motywacją do przeczytania książki był fakt, że jej autorem jest Koreańczyk (a teraz mam na Koreę fazę :p) Jin-kyung Kim.

My mamy Harry'ego Pottera, Koreańczycy mają Szkołę Kotów. Ale chwila, spytacie, jak jakieś Koty mogą mieć się do tworu J.K.Rowling?

Mindzun, młody chłopiec, mieszka wraz z siostrą, rodzicami i kotką Sprytką. Jakiś czas temu odszedł jego ukochany kompan, drugi kot, piętnastoletni już Saliks. Nie odszedł jednak do kociego nieba, jak początkowo cała rodzina myślała. Przekonanie to zniknęło u chłopca w chwili, w której znalazł przedziwny list w skrzynce pocztowej... od Saliksa właśnie! Co więcej, zaadresowany był on do kotki Sprytki! Chłopiec swą radością podzielił się z siostrą i, wspólnie z nią, jako że nikt więcej nie był w stanie im uwierzyć, zaczęli kolekcjonować regularnie przychodzącą korespondencję od swojego pupila.

Okazuje się, że po ukończeniu piętnastego roku życia Koty mogą udać się do Szkoły Kotów, opuszczając uprzednio rodziny, w których mieszkały przez całe życie. Tam trafiają do jednej z trzech klas (Dzikich Kotów, Nocnych Zgromadzeń bądź Kryształowych Kotów). W nowej placówce uczą się między innymi ludzkiego pisma, historii, gimnastyki, czy też... magii. Dodatkowo każda klasa poznaje przydatne tylko dla niej umiejętności. I tak, Saliksowi, który jak nietrudno się domyśleć trafił do klasy Kryształowych Kotów, przekazana zostaje wiedza na temat kotcieni i ich władcy, a także o legendarnym kocie Solarisie, który co noc stawia czoła Duchowi Ciemności pod postacią węża.

"Rzut oka na nauczyciela od nauk ścisłych i gimnastyki pozwalał zrozumieć, dlaczego koty przyszły tak wcześnie. Uczniowie klasy Dzikich Kotów nazywali go profesorem Maksimusem. Był ogromny i przypominał lwicę. Wyglądał srogo jak żołnierz. Miał wspaniale wyrzeźbione mięśnie, potężne łapy i ogromne pazury. Strach pomyśleć, czym skończyłoby się pacnięcie taką łapą."

Saliks jest jednym z trzech uczniów w swojej klasie. Kotka Miłka i wielki kocur Mesan, którzy też uczą się w Kryształowych Kotach, szybko zaprzyjaźniają się z naszym głównym bohaterem. Poza nimi poznamy też wiele innych ciekawych osobistości - począwszy od dyrektora i wykładowców, na uczniach innych, rywalizujących niekiedy ze sobą klas kończąc.

Oczywiście Kocia Szkoła to nie jest normalna szkoła... Zwierzaki są zachęcane do zabaw, polowań i wylizywania swojego futerka podczas lekcji :3



Jin-kyung Kim napisał książkę po to, by pocieszyć swoje córki po stracie ukochanego zwierzaka. W związku z tym język, jakim jest napisana, jest raczej prosty, lecz przyjemny w odbiorze. Trochę niczym bajka przeznaczona zarówno dla młodszego, jak i nieco starszego odbiorcy. Perypetie Saliksa i jego nowych znajomych wręcz wymuszają uśmiech na twarzy. Przyznaję, że w wizję zawartą w książce aż chce się wierzyć. Sama nawet nabrałam nadziei, że mój Filemon i Bonifacy zostali przyjęci do którejś ze Szkół (థ ェ థ)

Lektura jest krótka, dosłownie na jeden wieczór. Opatrzona została rysunkami obrazującymi przygody pociesznych uczniów.


Ilustracja z książki. W kolejności: profesor Kudłacz, Saliks, Miłka i Mesan :3
Wielka szkoda, że całość została rozbita na tomy. Treści jest dla mnie nieco za mało jak na jedną książkę... ale oczywiście kolejne części "Szkoły Kotów" też zaraz trafią na mojego kindla :3

Czym są kotcienie i jak z nimi walczyć? Jakie tajemnice kryje tytułowa Kryształowa Grota? Co kociaki mogą zrobić swoją magią? Tego Wam już nie zdradzę, sami sięgnijcie po książkę~

26 maja 2017

W Korei - Anna Sawińska

Moje ostatnie zainteresowanie Koreą Południową skłoniło mnie do poszukiwań książki o tym temacie. Ze zdziwieniem zauważyłam jak mało jest polskojęzycznych publikacji na ten temat!

Koniec końców zdecydowałam się na sięgnięcie po zbiór esejów "W Korei" - Anny Sawińskiej. Na książkę składa się kilka reportaży pisanych przez autorkę w czasie jej pierwszych pięciu lat pobytu w Korei (2003-2007).

Na samym wstępie, nim przejdę do treści, muszę przyznać, że niesamowicie podoba mi się styl Anny Sawińskiej! Bardzo poetycki, a jednocześnie nie męczący. Czuć, że autorka nie zmusza się do pisania w ten sposób, tylko że wychodzi jej to "z głębi serca". Piękne, lekkie pióro sprawia, że lekturę czyta się niesamowicie przyjemnie. Szczerze zazdroszczę (i sama dążę do) takiej umiejętności ładnego ubierania wszystkiego w słowa.



Kiedy najbardziej koreańską rzeczą w Twoim domu są karty Magica... 
Annie w młodym wieku zaoferowano globalne stypendium Samsunga. Przyjęcie go oznaczało wyjazd do Korei Południowej na dwa lata studiów i późniejszą pracę w korporacji. Dziewczyna postawiła wszystko na jedną kartę i poleciała, nie spodziewając się pewnie wtedy jeszcze, że zagości tam na dużo dłużej...

Książka jest zbiorem pięciu esejów (niech nie zmyli Was nazwa, nie są to żadne naukowe wywody) pisanych przez kolejne lata pobytu w Korei. Autorka opisuje sytuacje ze swoich studiów, życia i pracy w nowym kraju. Jest tego niemało! Tu zupełnie przypadkowo stała się gwiazdą filmu reklamującego jej uczelnię, tam spróbowała akupunktury, codziennie jadła przepyszną, tamtejszą kuchnię, zakochała się w Koreańczyku i wyszła za niego za mąż... Z drugiej strony też przechodziła operację kolana, była świadkiem okrutnego traktowania psów czy odwiedziła przepełnione smutkiem metro w Daegu tuż po okropnej katastrofie, w której zginęło dwustu ludzi.

Bardzo podoba mi się postawa Anny w stosunku do Koreańczyków. Zdaje sobie sprawę ze swojej "obcości", lecz nie afiszuje się z nią. Stara się zrozumieć i zaakceptować społeczeństwo, w którym się znalazła, z roku na rok pogłębiając swoje zainteresowanie tamtejszym światem coraz bardziej. Jest otwarta na nowe doświadczenia, lecz nie kosztem utracenia swojego własnego "ja".


"Zdarzyło mi się też składanie raportu u szefa, który w pewnym momencie zaczął pochrapywać z otwartymi ustami (na dodatek wcześniej musiałam mu użyczyć swojego swetra, bo mu się zrobiło zimno). W odpowiedzi na moje pełne konsternacji milczenie zadał jak najbardziej rzeczowe pytanie i kazał kontynuować. Po czym ponownie zapadł w wielozadaniowy sen, od czasu do czasu wtrącając trzeźwy komentarz."

Anna, przy jednoczesnym opisywaniu swoich przygód, przedstawia też swoje poglądy i obserwacje na temat tamtejszego społeczeństwa. Tego w książce znajdziemy bardzo dużo! Zabierając się za lekturę miałam nadzieję na soczysty opis mentalności, zachowań, nawyków i uwarunkowania historycznego do takich, a nie innych postaw Koreańczyków... i nie zawiodłam się, a nawet mile zaskoczyłam, bo dostałam więcej niż chciałam!

Jako, że jest to moja pierwsza książka o Korei (nie licząc oczywiście "Elementarza Pielęgnacji"), wydawało mi się, że ciężko będzie mi się wypowiedzieć odnośnie prawdziwości wszystkich tez w niej zawartych. Zawsze staram się z pewnym dystansem podchodzić do osobistych zapisków czy relacji, wiadomo, muszą być nacechowane emocjonalnie, tu jednak... nie potrzebowałam. Od razu można wyczuć gdzie autorka kierowała się chwilowym uniesieniem, a gdzie jej pióro przelało na papier bardziej przemyślane i ułożone wcześniej myśli. Książka "W Korei" zawiera zdrową dawkę jednego (wystarczająco emocjonalnie by nie odnieść wrażenia, że pisał ją robot) jak i drugiego (podając ciekawe obserwacje, lecz nie na tyle, by zanudzić).

Co by nie było, że książka ma same zalety... Hmm...
Mogłaby być dłuższa :p

Zdecydowanie polecam osobom zainteresowanym choć w niewielkim stopniu Koreą Południową. Szczególnie tych, którzy swoją fascynację opierają głównie na K-popie czy dramach. Rzeczywistość czasem depcze wyobraźnię...

Więcej pióra autorki można przeczytać też na jej blogu (*^▽^*)

Ja na pewno sięgnę jeszcze po jej publikacje. Temat Korei Południowej na pewno powróci jeszcze na bloga :3

21 maja 2017

Sekrety urody Koreanek. Elementarz pielęgnacji - Charlotte Cho

Wesoło hasając sobie w Internecie natrafiłam na coś opisywanego "koreańskim rytuałem pielęgnacyjnym"...

Mimo, że Korea jest bardzo nisko na liście moich ulubionych azjatyckich państw, a kosmetyki (chyba, że do włosów) są dla mnie średnio interesującą sprawą, temat jakoś mnie wciągnął i nim się obejrzałam, po przeczytaniu wielu blogów i for, tego samego dnia robiłam wielkie zakupy w sklepach on-line, by wprowadzić taki rytuał pielęgnacyjny do swojego życia. Teraz na łazienkowej półce trzeba będzie zrobić miejsce na nowe olejki, esencje, kremy czy maski-płachty w urocze zwierzaczki, eh... (ciężkie życie)

Zauważyłam, że praktycznie wszystkie blogerki opisujące temat powoływały się na jedną książkę autorstwa Charlotte Cho zatytułowaną "Sekrety urody Koreanek. Elementarz pielęgnacji". Zaopatrzyłam się w tą publikację, spodziewając się raczej średnio ciekawych informacji podanych w nudny sposób, i zaczęłam czytać.



Charlotte jest Koreanką urodzoną w Ameryce, żyjącą życiem typowej mieszkanki Stanów Zjednoczonych. Nie obce są jej długie pobyty na kalifornijskiej plaży, wylegiwanie się na słoneczku i późniejsze dumne obchodzenie się ze swoją opalenizną. Filtry UV? Zmywanie makijażu? A po co, a komu to potrzebne?

Wszystko zmienia się jednak, gdy w wieku dwudziestu dwóch lat przenosi się do pracy w Korei, gdzie uroda ma całkowicie inny wymiar. Wszyscy wolą pielęgnować swoją cerę, zamiast ją tuszować. Wyglądają pięknie, rześko, zdrowo i młodo. Nawet mężczyźni wiedzieli więcej o pielęgnacji skóry niż Charlotte, a współpracownicy żartobliwie dogryzają jej z powodu mniej schludnego wyglądu!

Dziewczyna uznała, że czas najwyższy wsiąść się za siebie. Przez lata zgłębiła tajemną wiedzę Koreanek i zafascynowała się ich rytuałami do tego stopnia, że otworzyła sklep z kosmetykami, a po powrocie do Stanów została kosmetyczką. Postanowiła podzielić się ze światem swoimi radami wynikłymi z własnego doświadczenia... w tej właśnie książce!



"Jeśli oczy są zwierciadłem duszy, to skóra wokół nich to barometrem twojego wieku (nie brzmi to równie poetycko, prawda?)"

Zacznę od tego, że jakiekolwiek pojęcia z tej dziedziny są dla mnie obce. Autorka jednak wyjaśnia wszystko bardzo prosto i przyjemnie, momentami nawet żartobliwie. Dokładnie opisuje każdy z dziesięciu kroków codziennej pielęgnacji Koreanek oraz równie dokładnie wyjaśnia, dlaczego każdy z nich jest pożyteczny. Podaje na co zwracać uwagę przy konkretnych typach cery, jakie składniki są dla nas dobre, a jakie nie, co powinno znaleźć się w naszej kosmetyczce... no i wiele, wiele więcej. Jeśli przypadkiem trochę siedzisz w tym temacie, to pewnie sporo rzeczy będzie już dla Ciebie jasne. Jeśli, tak jak ja, nie, to dowiesz się wielu nowości.


10 kroków koreańskiej pielęgnacji - rysunek z książki

Jeśli tematyka urody mieszkanek Korei Cię nie interesuje, a sam kraj wydaje Ci się ciekawy... sięgnij i tak po tę pozycję! Poza faktami dotyczącymi piękna autorka przytacza też przykładowo opis koreańskich spa, ichniego jedzenia, czy też podaje swój własny miniprzewodnik po Seulu. Mi osobiście bardzo podobało się to, że książka pisana była przez Koreankę z amerykańskimi korzeniami - Charlotte potrafiła obiektywnie ocenić zarówno mentalność jednego, jak i drugiego świata. Porównywała zarówno rynki kosmetyczne jak i uwarunkowania historyczne wpływające na takie a nie inne postrzeganie urody w krajach azjatyckich i europejskich.

"Podczas jazdy windą do mojego mieszkania podsłuchałam, jak starszy mężczyzna wita stojącą obok mnie kobietę słowami: "Pani cera wygląda dziś wspaniale".
Przyjrzałam się ukradkiem tej ponoć idealnej cerze. Rzeczywiście, okazała się promienna i jasna. Patrzyłam na kobietę na oko przed trzydziestką, choć mogła być starsza i dekadę lub więcej."


Książkę czyta się lekko i przyjemnie. Charlotte zwraca się do czytelniczki jak do koleżanki. Radosny i żartobliwy ton w jakim napisana jest lektura pozwala na miłe przyswojenie sobie wielu nowych informacji. No i są też urocze rysunki.

Oczarowują Cię azjatyckie piękności? Ciekawią Cię strategie koreańskich koncernów? Chcesz bardziej zadbać o cerę i własne samopoczucie? Masz ochotę na wydanie pewnej sumki w drogerii? Chcesz dowiedzieć się więcej o Korei? Sięgaj śmiało po tę książkę!

PDFa można pobrać na blogu inmakeupbag, serdecznie zapraszam! ^^

11 maja 2017

Ślepowidzenie - Peter Watts

Recenzja została stworzona dla fanzina lokalnego klubu fantastyki Maskon. Drugi numer Pćmy, bo tak owy magazyn się nazywa, ma następujący podtytuł: „Dwa oblicza fantastyki: Fantasy i Science-Fiction". 

Widząc go momentalnie przypomniałam sobie o książce, którą ostatnio ukończyłam.
Już wiele lat temu twórcy systemu „Shadowrun” pokazali, że da się zgrabnie połączyć te dwa z pozoru różne światy. Podobnie udało się to też Panu znanemu jako Peter Watts. Ten z wykształcenia biolog morski, z zamiłowania pisarz, w swojej powieści „Ślepowidzenie" zawarł to, co przypadnie do gustu każdemu fanu fantastyki - kosmos, pierwszy kontakt z obcą cywilizacją i... krwiopijcę.


Ślepowidzenie - Peter Watts

Garstka ludzi zostaje wysłana w odległe zakątki kosmosu, by zmierzyć się z nieznanym. Dowodzi im ich naturalny wróg - wampir. Wilk w stadzie owiec. Co może pójść nie tak?

Lektura nie jest, wbrew pozorom, jakimś literackim eksperymentem stworzonym jedynie dla samego tworzenia, o nie! Bo pewnie na pierwszy rzut oka może się tak wydawać - wampiry, obcy, kosmos... To nie może trzymać się kupy. A jednak! „Ślepowidzenie” to science fiction z najwyższej półki. Spis źródeł które autor wykorzystał do jak najwierniejszego opisu zagadnień astronomiczno-biologiczno-psychologicznych ma aż 144 solidnych pozycji! I do niejednej na pewno będziecie chcieli zajrzeć po zakończeniu lektury.


"Wyobraźcie sobie artefakt uosabiający mękę, coś tak poskręcanego i zniekształconego, że nawet patrząc poprzez niezliczone lata świetlne oraz niewyobrażalne różnice w biologii i myśleniu, nie da się nie czuć, że sama ta konstrukcja cierpi ból.
A teraz powiększcie go do rozmiarów miasta."

Peter Watts w swojej książce ukazuje wizję przyszłości ludzkości – jej sukcesów technologicznych i porażek na podłożu socjalnym. Sporą uwagę czytelnika sprowadza też na kwestie świadomości i inteligencji. Czy jedno może istnieć bez drugiego? Ba, czy inteligencja bez świadomości byłaby efektywniejsza, a jeśli tak, to po co w ogóle człowiekowi jego „ja”? Odpowiedzi na te i inne pytania autor podsuwa nam przy okazji opisu niezwykle oryginalnego pierwszego kontaktu człowieka z nieznaną cywilizacją. Jeśli myśleliście, że temat obcych jest wam znany i nic was już nie zaskoczy... Wtedy na pewno powinniście sięgnąć po "Ślepowidzenie".

Ślepowidzenie - Peter Watts

„Ślepowidzenie” nie jest, zdecydowanie, łatwą lekturą. Wciąga i fascynuje, lecz nie jest to książka na jeden wieczór. Momentami męczył mnie nadmiar technicznych opisów czy astronomicznych szczegółów, które nie wnosiły wiele do fabuły. Dodatkowo też jestem przekonana, że narrator nigdy nie otrzyma statuetki dla najbardziej sympatycznego narratora. Komu jednak Keeton, chłodny obserwator, nie przypadnie do gustu, będzie mógł zaznajomić się przykładowo 
z Amandą, urodzoną przywódczynią odpowiedzialną za ochronę całej załogi, bądź z Bandą, dziewczyną zamieszkałą przez cztery różne osobowości.

Drobne mankamenty nie są jednak żadną przeszkodą ku temu, bym mogła opisać książkę mianem fantastycznej.

"Mózg ma kupę różnych wskaźników. Możesz wiedzieć, że jesteś ślepy, choć nie jesteś; możesz wiedzieć, że widzisz, choć jesteś ślepy. I... owszem, możesz wiedzieć, że cię nie ma, choć jesteś. Lista jest długa, komisarzu. Zespół Cotarda, Antona, syndrom damasceński. Tak na początek."

Dobrze napisana, z masą niecodziennych pomysłów, dająca czytać się lekko mimo całej tej fachowej terminologii, a przede wszystkim zostawiająca czytelnika z czymś więcej niż tylko obowiązkiem ścierania kurzu z zapomnianego później tomiku na półce – refleksją i ciarkami na plecach.

Na pewno jeszcze nie raz do niej wrócę :3

6 maja 2017

Blondynka w Japonii - Beata Pawlikowska

Moja mama co jakiś czas kupuje mi książki, które według niej mogą mi się spodobać... ma jednak talent do wybierania dość miernych tytułów.

"Blondynkę w Japonii" upatrzyła w Biedronce. Okładka naciapana jest wszystkim, co przeciętnemu Kowalskiemu może wydawać się "japońskie" - począwszy od góry Fuji, przez makaki, świątynię, drzewa wiśni po napis... Napis jest po chińsku, nie po japońsku. Shame on you, projektancie!



No ale... nie będziemy oceniać książki po okładce. Jak wypada treść?

Jest to moja pierwsza książka Pani Beaty, więc nie byłam przygotowana na to, co mnie spotkało. Już od samego początku wulkan wykrzykników ("Hurra!!!!!!", "Serio???.......") i przedziwnych stwierdzeń ("Pociag stoi. I choć może się wydawać to niemożliwe, on stoi coraz bardziej!") utwierdził mnie w przekonaniu, że czytam bardziej bloga nastolatki, niż dziennik podróżniczki. Później dowiedziałam się, że autorka po prostu... tak ma. A skoro wydała już tyle książek i jest tak popularna - widocznie są osoby, którym takie nadmierne nacechowanie emocjonalne i niekiedy męczące rozmyślania pasują.


"Konbu to herbata zrobiona z morskich glonów i morskiej soli! Umekonbu to wodorostowa herbata z dodatkiem soli i japońskich śliwek. Słona! Smakuje jak wodnisty gulasz! (...) A ja myślałam, że coś wiem o herbacie!!!"

Najbardziej chyba jednak bolało mnie to, że autorka w zbyt wielu momentach przytaczała swój wegetarianizm - jaki to on jest cudowny i ile daje energii, jak to nie wie dlaczego ludzie trują się konserwantami, jak to ciężko w Japonii o coś, co nie zawiera glutaminianu sodu.

Do baru wchodzi ateista, weganin i feministka. Po czym ich poznać? Spokojnie, bez pytania sami Ci powiedzą. A Pani Pawlikowska spokojnie sama Ci o tym przypomni... co parę stron... Jeśli tak jak ona nie jesteś mięsożercą, a planujesz wypad do Japonii - możesz chcieć zaopatrzyć się we własny prowiant. Bardzo ciężko tam o coś, co nie zawiera ryb czy owoców morza. O same owoce, za wyjątkiem bananów, też może być trudno.

Na plus zaliczam to że, poza powtarzającymi się wiecznie fragmentami o poszukiwaniach jakiegoś "normalnego jedzenia" (płaczę wyobrażając sobie te wszystkie bary sushi, które mijała z obrzydzeniem ;___;), książkę czytało się zadziwiająco lekko. Nie zauważyłam również jakichś błędów merytorycznych, chociaż rzecz jasna uprzedzam, że nie jestem żadną znawczynią Japonii, i coś mogło umknąć mojej uwadze. Beata Pawlikowska porusza tematy związane z między innymi karōshi, buddyzmem, gejszami, opisuje reakcje Japończyków na gaijina i swoje perypetie z pociągami, jak również przedstawia swoje opinie dotyczące sytuacji tamtejszego społeczeństwa i roli przypadającej w nim kobietom.



Ja sama, czytając "Blondynkę w Japonii", dowiedziałam się paru nowych rzeczy - jak choćby to, że ciężko tam o zieloną herbatę, jaki procent Japończyków stanowią wegetarianie, albo jak greccy historycy opisywali ludzi mieszkających w Azji. Czasem też się pośmiałam, a czasem z zażenowaniem czytałam typowo "blondynkowe" komentarze. Przez pozycję przebrnęłam jednak szybciutko ze względu na dużą czcionkę, wielkie odstępy między akapitami i upchanymi gdzieniegdzie zdjęciami i rysunkami.

A! Jeśli o zdjęcia chodzi - osoby posiadające telefon z Androidem bądź iOSem mogą ściągnąć sobie specjalną aplikację dzięki której, po zeskanowaniu fotografii z książki, przekieruje nas do większej galerii. Jako posiadaczka Lumii nie wypowiem się jednak o działaniu tegoż programu. Podobno działa :3


"Bezdomny siedzi w kącie schodów. Na kawałku kartonu, wychudzony, w łachmanach. Ma może czterdzieści, a może sześćdziesiąt lat. Trudno zgadnąć po brudnej, zarośniętej twarzy. Siedzi tam jak duch. Tak, jakby znajdował się w innym świecie. I rzeczywiście, setki ludzi mijają go tak, jakby był niewidzialny.
Halo!
Przed chwilą kupowaliście torby ciasteczek dla jeleni! Przynosiliście im te ciasteczka mimo że jelenie były tak najedzone, że nawet nie chciało im się wstać! A tutaj siedzi ktoś, kto jest naprawdę głodny!
Halo!... Ludzie z miasta wielkiego Buddy!
Dokąd tak pędzicie?..."

Podsumowując - oczywiście są dużo lepsze książki o Japonii. Oczywiście pozycja nie jest warta swojej okładkowej ceny. Spodziewasz się poważnego reportażu o Kraju Kwitnącej Wiśni? No niestety. Oczekujesz zapisek myśli średnio rozgarniętej podróżniczki i chcesz przy okazji dowiedzieć się czegoś o Japonii? Trafiony zatopiony. Jest to książka, która z pewnością spodoba się mojej mamie. Lekka, ale niosąca ze sobą pewne ciekawe informacje. Warta do wypożyczenia z biblioteki, choćby po to, by samemu wyrobić sobie o niej zdanie. Mnie osobiście momentami niezwykle irytowała i nie zachęciła do zakupu innych pozycji napisanych przez Pawlikowską, ale nie żałuję jej przeczytania. Mimo swoich wad była po prostu "okej" ^^

Jakie jest Wasze zdanie na jej temat?

3 maja 2017

Japonia w sześciu smakach - Anna Świątek

Ostrzegano mnie przed tą lekturą. Dostałam ją od mojej nieświadomej tego faktu mamy, więc postanowiłam sama sprawdzić, czy faktycznie nie należy do najlepszych. Przecież chyba aż TAK źle być nie może?

Japonia w sześciu smakach - Anna Świątek
Nie przeczytałam chyba żadnej innej książki o Japonii, której autorką byłaby osoba tak ignorancko i infantylnie podchodząca do tematu, o którym pisze. Tym bardziej, że skończyła ona studia powiązane z tym tematem! Można by pomyśleć, że ludzie po japonistyce są pasjonatami, a już na pewno mają jakiekolwiek pojęcie o Kraju Kwitnącej Wiśni... nie mówię tu o dogłębnym wczytywaniu się w jakieś historyczne fakty czy ślęczeniu nad naukowymi esejami - w wielu momentach wystarczyło tylko zajrzeć do internetu, bądź zaznajomić się z kilkoma, nawet polskimi, trochę bardziej ambitnymi wydaniami z tej dziedziny, by uniknąć wielu pomyłek i niedomówień na liczne tematy (Japonki które rzekomo zasłaniają usta podczas śmiania się z powodu swoich krzywych zębów? Co ja czytam?). Może, ale tylko może, lepszy odbiór książki miałabym, gdybym nie wiedziała o ukończonych studiach autorki, a początek książki zaczynałby się raczej od "jestem głupim gaijinem" niż "jestem białym Japończykiem".

Większą część książki stanowiły opisy codziennych perypetii autorki, niż opis kraju i jego mieszkańców. Anna Świątek nawet nie starała się zrozumieć toku ich myślenia. Więcej rozwodziła się nad własnym wyglądem (mmm, długie, farbowane, jedwabiste blond włosy, duuuże, pomalowane, niebieskie oczy), charakterem (no wiecie, taka ze mnie humanistka!) czy rzucaniem odkrywczych hasełek w stylu, cytuję! "Najwyraźniej co kultura, to inna obyczajowość".

No dobra... jakieś plusy? Na pewno wydanie. To zabawne - często im mniej treściwa książka, tym ładniejsza i bardziej zachęcająca do kupna szata graficzna i papier (Przypadek? Nie sądzę - podobnie chyba jest też z ludźmi ;>). W książce można znaleźć również bardzo ładne fotografie.

Japonia w sześciu smakach - Anna Świątek

Nieważne ile książek i artykułów nie przeczytam na temat Kraju Wschodzącego Słońca, w każdej kolejnej zawsze znajduję coś nowego. Tutaj, rzecz jasna, sprawa nie ma się inaczej. Na pewno można znaleźć w niej ciekawe informacje (chociaż polecam je weryfikować samemu, bo choć autorka pisze je z przekonaniem - niektóre prawdziwe nie są) i ciekawostki, jednak sam sposób pisania zwyczajnie dobija.

Nie poleciłabym tej książki osobie, która zaczyna swoją przygodę z Japonią na poważnie. Tym bardziej nie polecam jej osobom, które już w temacie siedzą (no chyba, że chcą się trochę pośmiać).

Dla laika, który coś tam chce się wiedzieć, lecz zbytnio nie wgłębiać - być może. Chociaż dla takiej osoby rekomendowałabym prędzej Tatami kontra krzesła" Rafała Tomańskiego bądź chociażby już nieszczęsną, choć łatwo dostępną "Blondynkę w Japonii" Pani Beaty Pawlikowskiej, której to recenzja niedługo również ukaże się na moim blogu.

Niestety na razie "Japonia w sześciu smakach" 
jest najgorszą pozycja w mojej japońskiej biblioteczce :c

25 kwietnia 2017

Seria Olga i Otto - Aleksandra Ruda

Pewnego razu nabrałam straaasznej ochoty na poczytanie czegoś z nekromantami. Weszłam więc na lubimyczytać.pl i zaczęłam szukać sobie jakichś ciekawych pozycji. Parę od razu trafiło na mojego kindla, jednak to mnie nie porwało, tamto miało nie taki klimat... I wtedy trafiłam na "Jak odnaleźć swoją drogę".

Nie miałam wtedy kompletnie ochoty na czytanie komediowych tekstów... ale pióro Aleksandry Rudej porwało mnie od razu!

Olgierdę Lachę poznajemy w chwili w której wymyka się z rodzinnego domu z zamiarem udania się na studia. Nie wie co prawda na jakie dokładnie - do wyboru prócz magii praktycznej, rzemieślniczej i uzdrowicielskiej ma także magię teoretyczną, i to właśnie tam ostatecznie trafia. Od tego momentu wiedzie typowo studenckie życie - od stypendium do stypendium, z jednego baru do drugiego, unikając jak się da gotowania i sprzątania, zaliczając po drodze kolokwia z magii wykreślnej. Wiedzie równocześnie i typowo kobiece życie - zapychając szafy nienoszonymi ubraniami, szukając diety cud i unikając licznych adoratorów. À propos adoratorów - dochodzimy tutaj do nekromanty, dzięki któremu to w ogóle dowiedziałam się o serii (a który notabene jest jednym z moich ulubionych męskich bohaterów wszech czasów :3). Irga Irronto, bo tak mu na imię, jest starszym, popularnym i uzdolnionym facetem. Przystojnym również, no ba. Jego relacja z Olgą, z początku oparta na droczeniu się a nawet zwykłej pogardzie, prześwietnie ewoluuje z czasem.

Naszej bohaterce przez całą serię wytrwale (bo wytrwałości zdecydowanie potrzeba, by z Olgą tyle wytrzymać) towarzyszy również półkrasnolud Otto. Zrodzony z nietypowego związku ma w sobie cechy zarówno po tacie krasnoludzie jak i ludzkiej mamie.


"Wypijmy za to, żeby wszyscy, którzy nam źle życzą, zdychali w strasznych męczarniach!"

Seria liczy 4 tomy i są to w kolejności:

"Odnaleźć swą drogę"
"Wybór"
"Granice"
"Stolica"

Odnoszę wrażenie, że z każdym kolejnym tomem akcja nieco się psuje - nie przeszkodziło mi to jednak w kilkukrotnym przeczytaniu wszystkich tomów za jednym zamachem.

Olga i Otto


Nie mam co prawda wersji fizycznej (aczkolwiek postaram się ją zdobyć przy najbliższej okazji), lecz z tego co widzę okładki ani nie powalają szatą graficzną, ani też w żaden sposób nie oddają klimatu serii. Polecam więc się nie sugerować :p

Wiem, że na temat książki krążą różne, skrajne opinie. Ja, jak nietrudno się domyślić, stoję pewnie po stronie fanów twórczości Aleksandry Rudej. Zarzutem który najczęściej pada w stronę książki jest infantylność głównej bohaterki. No cóż, ciężko się nie zgodzić! Jednak to właśnie ta cecha sprawia, że Ola jest tak charyzmatyczna i że to właśnie jej przytrafiają się takie, a nie inne historie. Absolutnie nie da się z nią utożsamić, prędzej po prostu przyglądać się jej poczynaniom z boku i z politowaniem myśleć "Ola, w co Ty się znowu wpakowałaś?". Rozumiem, że wielu osobom może przeszkadzać protagonistka, która z dnia na dzień postanawia się zabić (ale ze stylem! W końcu trzeba ładnie w grobie wyglądać!) bądź, narażając swoje zdrowie, kreśli nocą pentagramy wokół akademików, by móc niezauważanie przetransportować do niego samogon.

Mi jednak taki humor odpowiada w stu procentach! ^^ Jest to wspaniała lektura na poprawę humoru i na pewno jeszcze nie raz do niej wrócę.

24 kwietnia 2017

Punkt Omega - Michał Protasiuk


Pozycję tę mogę polecić, między innymi oczywiście, fanom steampunku, filozofii i… nauk ścisłych. Zresztą tyle to chyba widać już na pierwszy rzut oka, bo z okładki uśmiecha się do nas stojący za potężną maszyną mężczyzna w kamizelce i w goglach na oczach.

Czas i miejsce odgrywającej się historii trochę ciężko jest określić. Ze względu na pojawiające się dopiero latarnie uliczne i szybki rozwój nauk umieściłabym akcję lektury gdzieś w pierwszej połowie XIX wieku.
Ciekawostki w postaci funkcji matematycznych zawartych w utworach muzycznych i algorytmów horoskopowych pojawiać się będą podczas całej lektury. Nauka jest bowiem jednym z głównych wątków w książce, w dodatku jest ona przekazana w przystępny dla każdego sposób.

Punkt Omega - Michał Protasiuk


Genipo Herz jest młodym nauczycielem zaręczonym z Julią, córką człowieka z wpływowej rodziny. Żyje w mieście rządzonym przez starego naukowca, tyrana, który w przeszłości uratował lud przed szybko rozprzestrzeniającą się, śmiertelną zarazą. Sprawowana przez niego władza podchodzi pod totalitarną. Służby porządkowe wymuszają spokój i posłuszeństwo 24 godziny na dobę, a każde odstępstwo od normy jest surowo karane. Tyczy się to również podważania teorii naukowych burmistrza. Na własnej skórze przekonał się o tym Ludwik Moebius, przyjaciel naszego głównego bohatera. Ginie on w biały dzień na ulicach miasta, a jego śmierci towarzyszą dziwne okoliczności…


W książce zmierzą się ze sobą trzy siły - Burmistrza, służb porządkowych i tajnych spiskowców. Nietrudno zgadnąć do której grupy trafi nasz Genipo, prawda?


"Głupiec ze mnie, głupiec, po stokroć głupiec. Klasyczne pytanie kryptografii: jak ukryć klucz? Najlepiej w ogóle go nie ukrywać, tylko pozostawić na widoku, wówczas nikt nie będzie się nim interesował."


Michał Protasiuk (znany niektórym z zespołu metalowego Mnożnik Akcelerator) niezbyt popisał się jeśli chodzi o fabułę. Bywa przewidywalna, chociaż… smaczki też są. Widać, że autor miał pomysł - może trochę słabo potrafił doprowadzić ją do końca. Dwieście stron to jednak trochę za mało na porządny opis świata i rozwinięcie charakterów postaci. Mimo paru widocznych minusów, jestem gotowa polecić tę pozycję. Książkę wyniuchałam na promocji w Matrasie i dałam za nią całe 5zł. Było to znakomicie wydane 5zł! Myślę, że spokojnie zapłaciłabym i pełną cenę.

Na koniec pochwalę się jeszcze autografem zdobytymi na Pyrkonie 2014 :3

Punkt Omega - Michał Protasiuk

23 kwietnia 2017

Spowiedź Samuraja - Katsu Kokichi

Spowiedź Samuraja. Tytuł mówi sam za siebie

Wspaniałe źródło dla osób zafascynowanych Japonią, mentalnością Japończyków czy samurajami - w końcu to książka autobiograficzna napisana przez Katsu Kokichiego, bezrobotnego samuraja żyjącego w schyłkowym okresie Edo, który na "stare lata" postanowił opisać swoje życie, głównie dla potomstwa... ku przestrodze.


Katsu towarzyszymy od wczesnych jego lat. Obserwujemy go jak jest jeszcze dzieckiem, jak powoli dorasta, wdaje się w walki z sąsiadami, ucieka z domu, żebrze, odnajduje swoje pasje, wkłada w nie całe serce, pomaga przyjaciołom, staje się mistrzem w swojej sztuce i wiele, wiele więcej...


Spowiedź Samuraja - Katsu Kokichi


Z pewnym rozczuleniem spoglądam na książkę, której autor twierdzi, że kto chciałby zwać się prawdziwym człowiekiem, nie powinien go naśladować. Jak ze wstydem spogląda wstecz i dostrzega same wady swojego charakteru i złe ścieżki postępowania. Ja odniosłam zupełnie inne wrażenie - szczególnie z czasem Katsu sporo zrozumiał i dojrzał, zawsze miał czas by wysłuchać, pomóc czy użyczyć gotówki przyjaciołom, nawet gdy sam niewiele jej miał, zawsze też dawał drugą szansę. Myślę, że w dzisiejszych czasach uszedłby za stosunkowo porządnego człowieka. Ale to właśnie największa zaleta tej książki - widać z pierwszej osoby co liczyło się dawniej, jakie cechy były najbardziej pożądane wśród ludzi, co wypadało, czego nie, co przynosiło wstyd, a co napawało dumą.


"Jakie cnoty kultywować wypada: 
Bądź cierpliwy, miej wielkie serce i zachowuj wstrzemięźliwość. 
Swoje obowiązki wypełniaj wiernie i wytrwale. 
Cóż więcej? Gorliwie podążaj drogą nauki, 
chociaż życie jest ulotne niczym rosa na źdźble 
przydrożnej trawy..."

Klimatu dodatkowo dopełnią liczne ilustracje Ando Hiroshigego, znanego głównie z fantastycznych 36 widoków na górę Fudżi.



Spowiedź Samuraja - Katsu Kokichi


Nic wam to nie mówi? Czyżby? A rycina poniżej?



Dokładnie. Autor znany jest na całym świecie pod swoim pseudonimem Hokusai.


Ładnie wydana przez Diamond Books książka liczy 255 stron. Treść właściwa poprzedzona jest krótką notką o autorze i wstępem opisującym świat w jakim przyszło mu żyć. Na plus zasługuje też twarda oprawa książki.

Co tu więcej się rozpisywać... Polecam :3