Jako wielka fanka e-booków, a zarazem książek o tematyce fantasy, znalazłam parę stronek, którymi chciałabym się podzielić.

Ten portal, po zalogowaniu, pozwala nam ściągnąć wiele utworów polskich autorów. Wszystkie teksty pogrupowane są ze względu na kategorie i gatunki, łatwo więc znaleźć coś dla siebie.
3 tygodnie, 4 duże miasta i okolice. Listopad 2019.






























Gra randkowa 18+ połączona z... grą logiczną. Czy to miało szanse się udać?
Okazuje się, że jak najbardziej!

Niedawno wyszedł trailer Hunie Pop 2, drugiej części gry Hunie Pop, która została wydana w 2015 roku przez HuniePot. Oryginał przeszłam w 100% i pamiętałam, że bardzo mi się podobała. Postanowiłam odświeżyć sobie pamięć i sprawdzić, czy faktycznie była dobra, czy moje wspomnienia były może nieco podkoloryzowane.

W grze możemy grać zarówno jako mężczyzna jak i kobieta (wtedy wszystkie dziewczyny automatycznie stają się lesbijkami). Nasza postać nie jest nigdzie pokazana, więc jedyną różnicą są pewne kwestie dialogowe i nieco zmienione arty (z dodatkową... polewą, grając postacią męską). Naszą postać odwiedza Kyu, miłosna wróżka, która postanawia pomóc nam zacząć podrywać dziewczyny i (w końcu!!!) utracić dziewictwo.



W grze istnieją 2 waluty - Hunie i Munie. Munie zdobywamy randkując z dziewczynami, nawet, jeśli randka okaże się niewypałem. Munie można wydać na prezenty dla dziewczyn (które odblokowują nowe fryzury i ubrania), jedzenie (aby kontynuować rozmowę dziewczyna musi być najedzona, jak w prawdziwym życiu :D) albo alkohol. Hunie zdobywamy rozmawiając z dziewczynami i odpowiadając poprawnie na ich pytania - te wykorzystujemy do podniesienia naszych randkowych umiejętności.

Na początku poznajemy 7 dziewczyn (dodam, że końcowo jest ich więcej - są to postacie ukryte, które można różnymi sposobami odblokować). Każda dziewczyna ma cechy (od nazwiska, przez hobby, do rozmiaru piersi), które możemy poznać rozmawiając z nimi. Należy uważać, by nie zadać dwukrotnie tego samego pytania. Czasem również będziemy z tych odpowiedzi przez nie odpytywani, bu sprawdzić, czy uważnie ich słuchaliśmy! Dostajemy również pytania zadawane przez dziewczyny z trzema możliwymi odpowiedziami - należy wybrać odpowiedź, która naszym zdaniem najbardziej spodoba się naszej randce.




Jak wyglądają same randki? To takie... trochę candy-crushowe match 3, ale zdecydowanie lepsze, bardziej wymagające i ciekawsze. Ich trudność z czasem rośnie i pod koniec robi się naprawdę ciężko. Na randkach możemy korzystać z różnych prezentów, które pozwolą nam lepiej zrealizować naszą strategię.



Jeśli po trzech udanych randkach (po każdej dostajemy MMSa z coraz bardziej odważnym zdjęciem!) wybierzemy się na czwartą w porze nocnej i podołamy... Czeka nas przyjemna mini-gierka której nie da się przegrać, po której dostajemy upragniony, końcowy art ze sceną łóżkową.

Dlaczego gra jest tak fajna? Ma przede wszystkim wyjątkowo przyjemny feel. Interfejs jest świetny, grafiki przepiękne, głosy dziewczyn przyjemne, muzyka delikatna, dialogi śmieszne a randki wymagające. Tutorial prowadzi gracza za rączkę, a nasza miłosna wróżka Kyu dba o to, byśmy poznali każdą dostępną funkcję i mechanikę. W HuniePopa gra się zwyczajnie i po prostu miło. Różnorodność postaci i ich charakterów pozwala nie tylko na znalezienie swojej waifu, ale sprawia, że rozmowa nawet z pozornie nieciekawymi dla nas dziewczynami nie jest mecząca. Na ogromny plus jest też możliwość zmiany ich wyglądu, by jeszcze bardziej odpowiadały naszej estetyce.



HuniePop to gra, która równie dobrze może być grą casualową (ot, poderwiemy wszystkie dziewczyny i skończymy) jak i czymś więcej. Po poderwaniu wszystkich dostępnych (w tym ukrytych) dziewczyn możemy bowiem włączyć Alpha Mode, tryb, w którym każde randki stają się coraz bardziej wymagające... I jest to już wyzwanie tylko dla najwierniejszych fanów, bowiem poziom trudności randek szybko wystrzeliwuje w kosmos i zmusza do główkowania niczym przy partyjce szachów.

I to jest gra 18+ w którą chce się grać. Nie jest kiczowata ani obsceniczna, jak to potrafią być niektóre tytuły z tego gatunku. Nie jest to też gra na parę minut, spokojnie można spędzić przy niej kilkanaście godzin. Z niecierpliwością czekam na drugą część.
Miałam przyjemność uczestniczyć w pierwszym plenerze organizowanym przez fundację Fantazmat "Wolność przez pryzmat - tworzyMY kulturę". Oto zdjęcia portretowo-reportażowe, które wtedy wykonałam.

Aparat Fujifilm XT-20 + Fujinon 56mm 1.2











Po wielkim serialowym hicie HBO “Czarnobyl” pewnie sporo osób zastanawia się czy nie byłoby ciekawe odwiedzić tego miejsca samemu… Ale jak? Czy to bezpieczne? Czy warto?










Do Czarnobyla jechałam ze strefazero.org (i to jedyne biuro polecam, sprawdzone przeze mnie i znajomych) na calusieńkie 3 dni zwiedzania w Strefie Wykluczenia (+ 1 dzień w Kijowie). Wraz z dojazdami trwało to tydzień, pełen program dostępny jest na stronie. Całość kosztowała niecałe 2 tysiące. W cenie mamy zawarte wszystko co potrzebujemy (a jeśli coś potrzebujemy dokupić to ceny na Ukrainie są śmiesznie niskie) - przejazd, noclegi, pełne wyżywienie, oprowadzanie po Strefie Zero i nawet jeden wieczór tradycyjnej, ukraińskiej biesiady. Trzeba tylko być pełnoletnim i zadbać o ważny paszport (BADZO WAŻNE! Nie ma szans na dostanie się tam bez paszportu). Wyjazd z Warszawy, dłuuuga, wyczerpująca jazda nocą, trochę stania na granicy (która może znacznie wydłużyć podróż, w zależności od humoru strażników) no i przybywamy. Jesteśmy zakwaterowani w miejscowości Sławutycz. Tam śpimy i codziennie wcinamy śniadanka w lokalnej knajpie.

Codziennie rano darmowa eksterytorialna kolejka dowozi nas do Strefy Wykluczenia razem z pracownikami elektrowni. Jedzie ona ok. 45minut. Są ze 3 pociągi rano i 3 wieczorem -trzeba na nie zdążyć. My jeździliśmy zawsze tym najwcześniejszym i wracaliśmy najpóźniejszym.

W elektrowni wciąż pracują ludzie, bo to nie jest tak, że elektrownię atomową można zamknąć w dzień. Do 20xx któregoś tam roku albo dłużej muszą ją wyprowadzać z użytku. Oczywiście słaby to biznes bo pensje trzeba płacić, a żadnej energii z tego nie ma.

Wchodząc i wychodząc do Strefy przekraczamy bramki dozymetryczne. Jak się przypadkiem nie przejdzie testu bo się ma za dużo radioaktywnego błotka na butach to przydaje się doświadczony organizator wycieczki do rozwiązywania problemów ;)










Po Strefie poruszamy się tylko ichnimi busami z ichnimi kierowcami. To jest baaardzo rozległy teren. Zarówno kierowcy jak i niektórzy inni pracownicy elektrowni (którzy muszą pracować nocą) mieszkają w samym Czarnobylu w trybie dwutygodniowym (2 tygodnie tam, na 2 wracają do domu). Mieszka tam więc kilkaset osób w rotacji, jest nawet sklepik (z czego połowa to alkohol).

Wszystko zwiedzamy na własną odpowiedzialność. Aby odwiedzić naprawdę ciekawe miejsca warto, po raz kolejny to powiem, wybrać się z dobrym przewodnikiem.









Niebezpiecznie, bo pewnie wiele osób się nad tym zastanawia, tak naprawdę nie jest. Promieniowanie niekiedy niższe niż w dużych miastach. Są, faktycznie, miejsca, gdzie może być niebezpiecznie, ale albo się do nich nie zbliżamy, albo są wyraźnie oznakowane, albo są one baaardzo trudne do znalezienia i bez wiedzy jak się tam dostać na pewno nam się to nie uda.

Jedzenie w stołówce pracowników firmy, dało się najeść. Możemy też wejść do samej elektrowni, ale nic tam wielce ciekawego nie ma.


Wybaczcie słabą jakość zdjęć - kiedyś wrócę tam z lepszym sprzętem. Poza tym i tak żadne zdjęcia nie oddają klimatu i tej niesamowitej, wszechobecnej ciszy która tam panuje. To trzeba raczej poczuć samemu.