Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

12 września 2017

Medycyna (nie)naturalna

    Metty od wczoraj nie czuła się dobrze. Gdy żołądek odmówił jej posłuszeństwa w czasie obiadu, a rodzicielka uznała to za obrazę swych zdolności kulinarnych, dziewczyna postanowiła wymknąć się do Centrum Medycznego w Thoruniu. Zasłaniając się koniecznością udania się do Biblioteki, wyszła na przystanek i wsiadła w pociąg odjeżdżający w stronę Miasta.

    Jadąc tak, dziękując w imieniu swojego żołądka za gładko sunące pojazdy magnetyczne i magiczne wspomaganie procesów ich wytwarzania, myślała o tym jak Thoruń zawsze jednocześnie ją odstraszał i fascynował.

    Z racji sfiksowanych na punkcie natury rodziców wychowała się na obrzeżach Miasta. Elfki i driady, studiujące wraz z nią na Uniwersytecie Magicznych Konceptów, czuły się w Metropolii lepiej niż ona. Nie miały problemów ze skomplikowanym systemem komunikacji miejskiej, przyzwyczajone też były do wszechobecnych, wyświetlających się przed oczyma jaskrawych reklam. Aż ciężko było uwierzyć, że ich przodkowie mieszkali w lasach.

    Po krótkiej przejażdżce Metty wysiadła z pociągu i skierowała się do najbliższego Centrum Medycznego.


    W CM jak jest - każdy wie. Standardowa procedura, jak w każdej służbie zdrowia. Wita Cię rząd pięknych pielęgniarek. Z tą, która wpadnie Ci w oko, wspólnie udajecie się do kapsuły diagnozującej. Dostajesz napitek w zależności od potrzeb (Chrypex dla osób z bolącym gardłem, setka wódki dla skacowanych osobników zgodnie z zasadą „czym się zatrułeś, tym się lecz”), siadasz wygodnie i czekasz.


    Fale prześwietlają każdy skrawek Twojego ciała. Mija chwila i dostajesz wydruk na podstawie którego pielęgniarka prowadzi Cię do kapsuły leczniczej (wersja dla chorych), gabinetu specjalisty (jeśli potrzebujesz porozmawiać z lekarzem w cztery oczy), albo do wyjścia (wersja dla symulantów).


    Najczęściej jednak pacjenci udają się do kapsuły leczniczej. W zależności od postawionej diagnozy, pozostają tam na czas od dwóch minut (przeziębienie) do dwóch godzin (poparzenia magiczne).


    Metty szybko przeszła przez wszystkie kroki. Wyszła właśnie z kapsuły leczniczej, ale… momentalnie chwyciła się za brzuch, z trudem opanowując mdłości. Pielęgniarka, która miała odprowadzić dziewczynę do wyjścia, zamarła. Coś takiego nie powinno mieć miejsca! Po chwili konsternacji wzięła chorą pod rękę i zawlokła do gabinetu specjalisty.


    Lekarz kransolud, z początku zakładający symulację pacjentki, zaciekawił się, gdy po odczycie chipu z dłoni Metty ujrzał miejsce jej zamieszkania.


    Ponad dwadzieścia lat temu, na wysoko rozwiniętych technologicznie obrzeżach metropolii Thoruńskiej (tak, to tam mieszka Metty z rodzicami!), doszło do małej katastrofy elektrowni atomowej. „Oj tam, oj tam, elektrownia nie piwo, krzywda się nie stanie, jak trochę wycieknie”, stwierdzili orkowie - pracownicy zakładu, którzy obecni byli przy zdarzeniu. Właściciele elektrowni zacisnęli zęby i zapłacili za oczyszczenie skażonego środowiska, jak również postarali się o wynagrodzenie dla nielicznych rodzin mieszkających na tamtych terenach. Jako, że poza Miastem domy mieli jedynie maniacy „natury” i „otwartej przestrzeni” (jedynie w okolicach przemysłowych zachowało się parę lasów czy pól), sprawa w mediach szybko ucichła.


    Mimo szczerych zapewnień przedstawicieli elektrowni, że wyciek tego rozmiaru nie będzie miał wpływu na zdrowie mieszkańców skażonych terenów, prawda okazała się inna. Faktycznie - nikomu nie wyrosła trzecia ręka (szkoda, ja bym takiej mogła tylko pozazdrościć, pomyślcie o możliwościach!) ani nie odpadło ucho. Wszyscy wydawali się zdrowi do czasu…


    Do czasu aż przypadek Metty pokazał, że mogą mieć oni problem z reakcją na uzdrawiające fale.


    Lekarz podrapał się w brodę, nie wiedząc, co począć z takim przypadkiem. Przypadłość wydrukowana przez sprzęt diagnozujący nic mu nie mówiła. Nikt nie uczył się już żadnych prehistorycznych choróbsk, z którymi uzdrawiające fale radzą sobie w oka mgnieniu.


    Każdy nierozwiązany przypadek to jednak spora ujma dla reputacji specjalisty. A ujma dla reputacji oznacza niższą premię.


    – Obawiam się, że Pani przypadek nie jest uleczalny.


    Metty, co mogło wydawać się niemożliwe, zbladła jeszcze bardziej.


    – J-jak to… czy ja… – Zrobiła wielkie oczy widząc, jak lekarz z powagą kiwa głową.


    – Proszę miło wykorzystać pozostały Pani czas. Pozdrawiam. – Krasnolud machnął ręką, na co pielęgniarka podeszła i zaczęła wyprowadzać szarpiącą się i żądającą wyjaśnień Metty w kierunku wyjścia.


    – Dziękujemy za wizytę! – Pielęgniarka ukłoniła się, wypychając zdezorientowaną dziewczynę na schody. Ta przez chwilę kręciła się w miejscu, nie wiedząc, co z sobą począć. W żołądku skręcało ją coraz mocniej.


    Z rozmyślań wyrwał ją znajomy głos.


    – Metty? Co się stało?


    Odwróciwszy się dziewczyna zauważyła swoją znajomą ze studiów - El, rzadkiego rodzaju szarą elfkę.


    Pokrótce objaśniła jej swoją sytuację.


    – Nie chcę umierać… – Zakończyła Metty, zakrywając twarz dłońmi.


    – Cicho, cicho, coś zaraz wymyślimy! – Zaczęła uspokajać ją elfka, gdyż tłum ludzi
przechodzących obok CM zaczął rzucać im dziwne spojrzenia. Wyrwała kartkę z diagnozą z jej dłoni i uważnie ją przestudiowała. – Może znam kogoś, kto będzie w stanie Ci pomóc.


    Desperacja przemawiająca przez Metty pozwoliła zatroskanej El na zaciągnięcie jej do uliczki obok.


    Mimo, że główne drogi i chodniki naziemne Miasta były tak zadbane, że niemal sterylne, wystarczyło odejść na kilka kroków, by poznać drugą twarz Metropolii. Walające się śmieci, bezdomne psy i przede wszystkim smród, który normalnie oddzielany jest od ulic powietrznymi kurtynami.


    El, rozejrzawszy się wcześniej na boki, kucnęła na ziemi tuż koło okrągłej, metalowej kratki.


    – Zaczekaj tutaj. Zaraz wrócę – powiedziała, po czym, z pewnym wysiłkiem, odsunęła
kratkę na bok i z gracją… wskoczyła do dziury.


    Metty zerknęła w dół. Ścieki.


    Gdy jej oczy przyzwyczaiły się do panującej tam ciemności, zauważyła dwa kształty szybko przemieszczające się po labiryncie podziemnych korytarzy. Czyżby...?


    Po paru minutach z dziury wyłoniła się uśmiechnięta głowa El.


    – Czy tam w dole... – Zaczęła, a uśmiech jej koleżanki potwierdził przypuszczenia Metty. – Żartujesz! Myślałam, że to tylko legendy!


    – Ależ skąd. Ścieczne elfy istnieją i mają się dobrze – powiedziała elfka, wychodząc ze ścieków i przykrywając z powrotem dziurę.


    – Tam zresztą są znacznie bliżej natury niż na powierzchni… Przynajmniej tak twierdzi moja babcia – mrugnęła łobuzersko, widząc niedowierzanie malujące się na twarzy Metty. – Babcia mówi, że nie masz się martwić. Od tego całego „zatrucia pokarmowego” się nie umiera. Twoje dolegliwości same miną najpóźniej za dwa dni. Masz unikać tego, co jadłaś ostatnio, podobno Twój żołądek uznał to za paskudne.


    Metty głośno odetchnęła z ulgą, po czym sięgnęła pamięcią do wczorajszej uczty z okazji urodzin jej taty i zamarła.


    Jak powiedzieć mamie, że po zjedzeniu jej dań lekarz postawił na niej krzyżyk?

20 sierpnia 2017

Dom w Ulsan, czyli nasze rozlewisko - Małgorzata Kalicińska, Vlad Miller

Temat Korei Południowej wcale mi się nie znudził. Wręcz przeciwnie!

Książkę "Dom w Ulsan, czyli nasze rozlewisko" (lubimyczytać) autorstwa Małgorzaty Kalicińskiej i Vlada Millera pożyczyłam od mamy. Okazało się bowiem, że jest ona całkiem sporą fanką tego kraju! O niczym nie wiedziałam do czasu, aż raz kiedyś wspomniałam jej, że interesuję się koreańską pielęgnacją (swoją drogą musiałam później zamówić jej masę maseczek w płachcie...).

Jeżeli nazwisko autorki coś wam mówi to tak, jest ona dość znaną polską pisarką. Nie bez powodu zresztą podtytuł książki to "nasze rozlewisko" ;3

Historia prosta i banalna. Pani Kalicińska poznała się z Panem Millerem przez Internet. Dwoje dorosłych ludzi po przejściach, z czego on na drugim krańcu świata - dosłownie, bo właśnie w Korei Południowej. Vlad jest bowiem ekspatem. Nigdy wcześniej z takim słowem się nie spotkałam, więc spieszę z wyjaśnieniami osobom, które są w podobnej sytuacji. Ekspat to "gość, który musiał wyjechać ze chlebem" ale level wyżej, niż typowy Seba jadący do Anglii na zmywak. Ekspat to bowiem ekspert w swojej dziedzinie, wysoce wykwalifikowany inżynier, który z racji, przykładowo, problemów politycznych czy ekonomicznych, nie może znaleźć pracy w kraju.

Książka jest napisana z perspektywy dwóch osób - pisarki, odwiedzającego co jakiś czas ukochanego w Ulsan, patrzącej na świat bardziej emocjonalnie, szczególnie lubiącej temat kulinariów oraz inżyniera, postrzegającego otoczenie w bardziej chłodny sposób, odpowiedzialnego za wszystkie zamieszczone w lekturze zdjęcia. A tych jest niemało!


Specjalnie wybrałam takie z cycuszkami. Nigdy więcej zdjęć przy sztucznym świetle, okładka wyszła mi tak źle, że aż jej nie wstawię! A w roli "rekwizytów" miały być ostre papryczki!

Lektura opowiada o codziennym życiu i pracy w Ulsan, jedzeniu, codzienności i mentalności mieszkańców Ulsan, ulubionych rozrywkach i festiwalach Koreańczyków, infrastrukturze, architekturze, sporcie, stosunku do innych, problemach własnych i społecznych... Znajdzie się też opis Koreańskiego szpitala (w pewnym momencie Vlad musiał przejść operację), spa, toalet, sklepów, restauracji i miasteczek. To i wiele, wieeeele więcej, okraszone gdzieniegdzie tęsknotą za Polską i jej kuchnią (pamiętajmy, że autor znalazł się w Korei raczej z przymusu, niż własnej chęci). Raz bardziej rzetelnie, raz bardziej emocjonalnie - koniec końców dobrze wyważone. Ogrom informacji i przemyśleń znajdziemy na ponad czterystu stronach zapełnionych nie tylko tekstem, lecz również fotografiami, świetnie oddającymi klimat odwiedzanych przez autorów miejsc.

(Mi osobiście bardziej przypadł do gustu styl pisania pana Millera :3)

Bardzo miło czyta się o życiu codziennym poza Stolicą. Książek o samym Seulu trochę już jest - o mniejszych miastach (no, "mniejszych", wciąż liczniej zamieszkanych od Warszawy...) już mniej.

Wartym uwagi jest też fakt, że Vlad spędził w Korei aż jedenaście lat! Wiele przez ten czas widział, wiele przeżył. Zdążył dobrze przypatrzeć się społeczeństwu, zauważał zachodzące wokół zmiany, znalazł też wiele zachowań i rozwiązań, które z chęcią widziałby w Polsce, a których pewnie, z racji naszej mentalności, nie dałoby wprowadzić się w życie. Zawsze takie rozmyślania kończył słowami "Dlaczego to u nas nie jest możliwe?". Było tego zadziwiająco dużo...


"Na ostatniej stronie "Korean Times" w wersji angielskiej zamieszczano felietony, często pisane przez ekspatów. Zaintrygował mnie jeden z nich, zatytułowany Czy jesteś już prawdziwym Koreańczykiem? Autor sugerował, by sprawdzić:
- czy smakuje ci kimchi?
- czy polubiłeś już soju?
- czy zachowujesz się już hałaśliwie po spożyciu jego większej ilości?
- czy poklepujesz już znajomych po ramieniu?
- czy kłaniasz się innym, dziękując za coś (na przykład w sklepie)?
- czy zmieniasz na drodze pas ruchu bez włączania kierunkowskazów?
- czy włączasz się do ruchu, nie bacząc na samochody jadące ulicą?"


Jedyne do czego muszę się przyczepić to wydanie książki. Papier jest kredowy, ciężki. Choć kolory wyglądają na nim cudownie, co podkreśla fotografie, to z racji swoich właściwości zwyczajnie się błyszczy, co nie sprzyja czytaniu, szczególnie wieczorem przy lampie :c Dodatkowo okładka jest miękka (cóż za szkoda!), grzbiet szybko się odkształca i zwyczajnie nie wygląda za ładnie. Po przeczytaniu książki przez moją mamę, dziadków i mnie - jest już zwyczajnie mocno odgnieciona i nie prezentuje się dobrze.

Jedyną rzeczą, która może ewentualnie sprawiać pewne trudności w odbiorze książki jest fakt, że napisana jest przez osoby dojrzałe (nie powiem "stare", co by mama mi nie posmutniała, jak to kiedyś przeczyta), więc i styl bywa momentami dosyć... dojrzały.
Nie wiem czy wiecie o czym mówię :'3

Nie mniej jednak polecam zdecydowanie! Jeśli interesuje Was temat Korei Południowej - jak najbardziej sięgnijcie po "Dom w Ulsan"!

19 sierpnia 2017

Kiedy książka jest za dobra...

Założyłam tego bloga z chęci dzielenia się z innymi moimi doświadczeniami z przeczytanych książek.

Raz kiedyś trafia się jednak lektura, która jest tak dobra, że aż niemożliwa do opisania od razu. I choć chcesz, naprawdę bardzo chcesz podzielić się nowym odkryciem, to siła ciągnąca Cię do sięgnięcia po dalszy tom albo inną książkę tego samego autora jest zbyt wielka, by skrobnąć choć krótką recenzję.

Ostatnio miałam tak z serią "Czarnego Maga" na którą składa się "Uczennica Maga", "Gildia Magów", "Nowicjuszka" i "Wielki Mistrz" autorstwa Trudi Canavan. Tyle zapisałam po przeczytaniu pierwszego tomu:


Nie wiem, czy kiedykolwiek przeczytałam tak długą książkę. Przez historię zapisaną na ponad ośmiuset stronach przechodziłam przez wiele dni... czy było warto?
Nie zostawię Was z tym pytaniem do końca i odpowiem już teraz - otóż jak najbardziej, warto.
Książka jest wstępem do Trylogii Czarnego Maga autorstwa Trudi Canavan.
Tessia jest młodą dziewczyną, która większość swojego życia spędziła pomagając ojcu przy uzdrawianiu mieszkańców majątku w którym mieszka. Pomimo tego, iż jej wiedza medyczna jest niemała i z pewnością pomogłaby niejednemu człowiekowi, nie może zostać samodzielną uzdrowicielką ze względu na płeć. Są to bowiem czasy, w których kobieta nie zdobyłaby żadnego zaufania na takim stanowisku. Ojeciec Tessii już myśli o przygarnięciu kogoś do nauki, a matka od zawsze załamywała ręce na medyczne aspiracje córki.


Po czym zabrałam się za kolejne 3 tomy, czytając ciągiem przeszło tysiącstronicową trylogię. To dlatego mój ostatni wpis jest z czerwca! Trafiłam wtedy na tą serię i przepadłam na dobre.
Może właśnie powyższe zdanie powinno być wystarczającą rekomendacją? Dla mnie by było. Dla tych, co potrzebują nieco więcej informacji - proszę czytać dalej ;3

6 czerwca 2017

Tyrani Ziemi – czas i przypadek

Dzisiaj coś autorskiego. Short sprzed jakiegoś roku. Jest to chyba jedyna forma jaka zawsze w miarę mi wychodziła - napisać coś szybko pod wpływem emocji, nawet tego nie czytać, opublikować! Później dopiero wychodzą te wszystkie błędy, błędziki, błędziątka... ale cóż, zawsze to jakieś ćwiczenie pióra. Teraz w końcu pracuję nad czymś większym. Zobaczymy jak będzie...
pewnie jak zawsze ╭( ・ㅂ・)و
***

Peter McCullan od dziecka miał wielkie, niemal nieprawdopodobne szczęście. Już jako brzdąc uzyskał rangę Geniusza, gdy przypadkiem dostał się do laboratorium swojego ojca i pozmieniał parametry (Uuu! Guziiiczkii!) pewnej wielkiej maszyny, pomagając tym samym odkryć specyfik niezwykle pożądany przez koncerny farmaceutyczne.

Dalej wcale nie było gorzej. Na pierwszym poziomie zajęć Neochemii w Szkole Gwizdnej coś podkusiło go, by zadać nauczycielce pytanie dotyczące zadania oznaczonego w podręczniku gwiazdką. Dziwnym trafem przeczytał je nieco źle, lecz chemiczka, nieświadoma niczego, zaczęła rozwiązywać je na tablicy. Po godzinie żmudnych obliczeń wykrzyknęła nagle „Eureka!”, wybiegła z klasy i... miesiąc później rzuciła szkołę, by zamieszkać w drogiej willi w Nowym Nowym Yorku. Wygrała na loterii, czy co?

Nawet szkoła średnia, często znienawidzona przez butnych, żądnych wolności rówieśników, nie była dla chłopaka utrapieniem. W mig opanował grę na laserowej gitarze i jako jedyny w historii pierwszak wstąpił do uwielbianego przez wszystkich, szkolnego zespołu. Szybka nauka instrumentu udała mu się ze względu na nietypową wadę genetyczną - miał nieco dłuższe palce niż inni ludzie, co wręcz idealnie nadawało się do laserowych strun. I jeszcze do... paru innych rzeczy, jak twierdziły fanki zespołu.

Przyszedł czas na studia – Fizykę Nadrelatywną. Peter, kto by pomyślał, osiągał najlepsze wyniki na swoim kierunku, na który dostał się notabene przypadkiem. A to już w ogóle przeciekawa i prześmieszna historia, wiecie? Ahaha! Haha! Aż mi się łezka w oku zakręciła, jak ją sobie przypomniałem. No ale idąc dalej..

Koledzy Petera ze studiów po otrzymaniu dyplomu wyruszyli na podbój rynku pracy (któż lepiej wysmaży mięsko jak nie magister fizyki, który przecież wie wszystko o wymianie ciepła!), zaś sam McCullan został na uczelni pracując nad wymarzonym doktoratem z Pętl Czasu. Co ciekawe, początkowo uniwersytet, z racji braku pieniędzy, nie był w stanie sponsorować badań nad tym tematem. Dopiero anonimowy przelew od pewnej znanej chemiczki umożliwił otwarcie przewodu doktorskiego dla Petera.

Do trzyosobowej grupy badawczej w pewnym momencie dołączyła Jenna Yirys, piękna i utalentowana doktorantka z Londynu2. Po pierwszym dniu pracy poszli na piwo. Po drugim też. Po trzecim poszli już do McCullana. Po czwartym też, a dziewczyna została na dłużej.

Lubili te same gry. To samo jedzenie. Czytali te same książki. Mieli identyczne poglądy na politykę, naukę, sztukę. Wydawało się, że cudowniej być nie może. Ale było. Bo z każdym dniem, z każdą jedną minutą ich tajemnicze uczucie przybierało na sile. I tak, 10 lat po ślubie, wciąż patrzeli na siebie tym samym wzrokiem, co na studiach.

W pewnym momencie życia Peter zaczął odczuwać strach. Nie taki zwykły, jak to niektórzy mają przy widoku z wysokości czy przed guzikami, tylko paraliżujący, odbierający wszelką radość lęk przed stratą. Lęk przed bezsilnością, że gdyby coś stało się Jennie, nie potrafiłby nic zrobić. Peter czuł, że życie jest dla niego zbyt łaskawe. Bogini Szczęścia była nieco za bardzo hojna od samego początku i miał niejasne przeczucie, że niedługo może strzelić focha. Ku rozpaczy żony zaczął mniej sypiać, więcej myśląc nad ewentualnymi scenariuszami przyszłości, niż słodkim filmem teraźniejszości. Strach, nawet po licznych konsultacjach z lekarzami, nie dawał mu żyć. Postanowił wyjść mu na przeciw i rozpoczął badania nad Cofaczem.

To było wielkie przedsięwzięcie. Peter całe dnie spędzał w swoim laboratorium, majsterkując nad małym pudełkiem, dziełem jego życia. W chwilach zwątpienia czule gładził, zamkniętą w pięknej ramce na biurku, lekko pożółkłą już fotografię żony. To wszystko dla niej... Wszystko dla niej... Gdyby tylko coś jej się stało, mógłby ją uratować...

Pewnego jesiennego poranka... zrobił to. W drżące ręce ujął pudełeczko, z niedowierzaniem oglądając je ze wszystkich stron.

A jednak Bogini Szczęścia się od niego nie odwróciła!

Trzymając mocno dorobek swojego życia wybiegł na dwór, z trudem odnajdując drogę do domu. Biegł, mijając ludzi, którzy w obrzydzeniu oglądali się za nim i szeptali za jego plecami. Ale Petera to nie obchodziło. Co z tego, że przez te wszystkie lata tak strasznie się zapuścił. Teraz nic i nigdy nie stanie na drodze jego szczęściu! Jeśli tylko coś... cokolwiek przytrafi się Jennie, będzie potrafił cofnąć się w czasie i znaleźć na to rozwiązanie!

Udało mu się dotrzeć do domu. Pchnął drzwi i rozbieganym wzrokiem zaczął szukać ukochanej. Zatrzymał się na biurku, na którym leżały jakieś cudze rzeczy. Na starej kobiecie, stojącej przy kuchence, której twarz zamarła w przerażeniu. Na mężczyźnie, siedzącym na kanapie przed holotelewizją.

- Jenna! – zawył. – Gdzie ona jest? Co jej zrobiliście?

Mężczyzna natychmiast wstał i podbiegł do Petera, próbując wypchnąć go z mieszkania. Kobieta dopiero po chwili odzyskała mowę.

„To ja...”, cicho wypowiedziane przez starszą panią wstrząsnęło Peterem. Z trudem zaczął rozpoznawać oczy, kości policzkowe, wreszcie głos swojej żony.

Ze złością odepchnął obcego mężczyznę i podbiegł do Jenny. Ta cofnęła się, napierając plecami na kuchenkę. Peter wyciągnął Cofacza i aktywował go. Z obłędem w oczach sięgnął po leżący na stole nóż, niewzruszony lamentem kobiety.

- To ja spędziłem wieczność... szukając sposobu na uratowanie Cię... – powiedział i pchnął ostrze w brzuch swojej ukochanej. Lament zamienił się w krzyk, a ręce, zimne i nieczułe, ociepliły się od krwi.

Z obłędem w oczach sięgnął po leżący na stole nóż, niewzruszony lamentem kobiety.

- To teraz Ty... całą wieczność... – cedził w szale, mechanicznie zadając pchnięcie.

Z obłędem w oczach sięgnął po leżący na stole nóż, niewzruszony lamentem kobiety.

- Masz mnie błagać... o ten ratunek... – ciało mężczyzny znów zaatakowało.

Mężczyzna wraz z kolejnymi powtórkami, gdy bez przerwy śmiertelnie ranił swoją ukochaną, zaczął powoli odzyskiwać jasność umysłu. Władzy nad ciałem jednak nie odzyskał. To ono samo łapało nóż i samo bezlitośnie rozcinało brzuch Jenny, która za każdym razem równie głośno krzyczała i równie żałośnie płakała. Niemożliwym do opisania jest co czuł Peter, zaczynając rozumieć co takiego zrobił, co mógł zrobić i ile stracił przez ostatnie lata. W jakiej rozpaczy i bezmocy znalazł się, co chwila zabijając jedyną kobietę którą w życiu kochał.

Cóż, chyba nikt nie jest w stanie docenić prawdziwego szczęścia, nim nie doświadczy prawdziwego smutku. Wie o tym doskonale Bogini Szczęścia, która widziała jak przy tworzeniu Cofacza mężczyzna sięga po wadliwy tranzystor... i, choć mogła zareagować, nie zrobiła tego.