Temat Korei Południowej wcale mi się nie znudził. Wręcz przeciwnie!

Książkę "Dom w Ulsan, czyli nasze rozlewisko" (lubimyczytać) autorstwa Małgorzaty Kalicińskiej i Vlada Millera pożyczyłam od mamy. Okazało się bowiem, że jest ona całkiem sporą fanką tego kraju! O niczym nie wiedziałam do czasu, aż raz kiedyś wspomniałam jej, że interesuję się koreańską pielęgnacją (swoją drogą musiałam później zamówić jej masę maseczek w płachcie...).

Jeżeli nazwisko autorki coś wam mówi to tak, jest ona dość znaną polską pisarką. Nie bez powodu zresztą podtytuł książki to "nasze rozlewisko" ;3

Historia prosta i banalna. Pani Kalicińska poznała się z Panem Millerem przez Internet. Dwoje dorosłych ludzi po przejściach, z czego on na drugim krańcu świata - dosłownie, bo właśnie w Korei Południowej. Vlad jest bowiem ekspatem. Nigdy wcześniej z takim słowem się nie spotkałam, więc spieszę z wyjaśnieniami osobom, które są w podobnej sytuacji. Ekspat to "gość, który musiał wyjechać ze chlebem" ale level wyżej, niż typowy Seba jadący do Anglii na zmywak. Ekspat to bowiem ekspert w swojej dziedzinie, wysoce wykwalifikowany inżynier, który z racji, przykładowo, problemów politycznych czy ekonomicznych, nie może znaleźć pracy w kraju.

Książka jest napisana z perspektywy dwóch osób - pisarki, odwiedzającego co jakiś czas ukochanego w Ulsan, patrzącej na świat bardziej emocjonalnie, szczególnie lubiącej temat kulinariów oraz inżyniera, postrzegającego otoczenie w bardziej chłodny sposób, odpowiedzialnego za wszystkie zamieszczone w lekturze zdjęcia. A tych jest niemało!


Specjalnie wybrałam takie z cycuszkami. Nigdy więcej zdjęć przy sztucznym świetle, okładka wyszła mi tak źle, że aż jej nie wstawię! A w roli "rekwizytów" miały być ostre papryczki!

Lektura opowiada o codziennym życiu i pracy w Ulsan, jedzeniu, codzienności i mentalności mieszkańców Ulsan, ulubionych rozrywkach i festiwalach Koreańczyków, infrastrukturze, architekturze, sporcie, stosunku do innych, problemach własnych i społecznych... Znajdzie się też opis Koreańskiego szpitala (w pewnym momencie Vlad musiał przejść operację), spa, toalet, sklepów, restauracji i miasteczek. To i wiele, wieeeele więcej, okraszone gdzieniegdzie tęsknotą za Polską i jej kuchnią (pamiętajmy, że autor znalazł się w Korei raczej z przymusu, niż własnej chęci). Raz bardziej rzetelnie, raz bardziej emocjonalnie - koniec końców dobrze wyważone. Ogrom informacji i przemyśleń znajdziemy na ponad czterystu stronach zapełnionych nie tylko tekstem, lecz również fotografiami, świetnie oddającymi klimat odwiedzanych przez autorów miejsc.

(Mi osobiście bardziej przypadł do gustu styl pisania pana Millera :3)

Bardzo miło czyta się o życiu codziennym poza Stolicą. Książek o samym Seulu trochę już jest - o mniejszych miastach (no, "mniejszych", wciąż liczniej zamieszkanych od Warszawy...) już mniej.

Wartym uwagi jest też fakt, że Vlad spędził w Korei aż jedenaście lat! Wiele przez ten czas widział, wiele przeżył. Zdążył dobrze przypatrzeć się społeczeństwu, zauważał zachodzące wokół zmiany, znalazł też wiele zachowań i rozwiązań, które z chęcią widziałby w Polsce, a których pewnie, z racji naszej mentalności, nie dałoby wprowadzić się w życie. Zawsze takie rozmyślania kończył słowami "Dlaczego to u nas nie jest możliwe?". Było tego zadziwiająco dużo...


"Na ostatniej stronie "Korean Times" w wersji angielskiej zamieszczano felietony, często pisane przez ekspatów. Zaintrygował mnie jeden z nich, zatytułowany Czy jesteś już prawdziwym Koreańczykiem? Autor sugerował, by sprawdzić:
- czy smakuje ci kimchi?
- czy polubiłeś już soju?
- czy zachowujesz się już hałaśliwie po spożyciu jego większej ilości?
- czy poklepujesz już znajomych po ramieniu?
- czy kłaniasz się innym, dziękując za coś (na przykład w sklepie)?
- czy zmieniasz na drodze pas ruchu bez włączania kierunkowskazów?
- czy włączasz się do ruchu, nie bacząc na samochody jadące ulicą?"


Jedyne do czego muszę się przyczepić to wydanie książki. Papier jest kredowy, ciężki. Choć kolory wyglądają na nim cudownie, co podkreśla fotografie, to z racji swoich właściwości zwyczajnie się błyszczy, co nie sprzyja czytaniu, szczególnie wieczorem przy lampie :c Dodatkowo okładka jest miękka (cóż za szkoda!), grzbiet szybko się odkształca i zwyczajnie nie wygląda za ładnie. Po przeczytaniu książki przez moją mamę, dziadków i mnie - jest już zwyczajnie mocno odgnieciona i nie prezentuje się dobrze.

Jedyną rzeczą, która może ewentualnie sprawiać pewne trudności w odbiorze książki jest fakt, że napisana jest przez osoby dojrzałe (nie powiem "stare", co by mama mi nie posmutniała, jak to kiedyś przeczyta), więc i styl bywa momentami dosyć... dojrzały.
Nie wiem czy wiecie o czym mówię :'3

Nie mniej jednak polecam zdecydowanie! Jeśli interesuje Was temat Korei Południowej - jak najbardziej sięgnijcie po "Dom w Ulsan"!

Założyłam tego bloga z chęci dzielenia się z innymi moimi doświadczeniami z przeczytanych książek.

Dzisiaj coś autorskiego. Short sprzed jakiegoś roku. Jest to chyba jedyna forma jaka zawsze w miarę mi wychodziła - napisać coś szybko pod wpływem emocji, nawet tego nie czytać, opublikować! Później dopiero wychodzą te wszystkie błędy, błędziki, błędziątka... ale cóż, zawsze to jakieś ćwiczenie pióra. Teraz w końcu pracuję nad czymś większym. Zobaczymy jak będzie...
pewnie jak zawsze ╭( ・ㅂ・)و
***

Peter McCullan od dziecka miał wielkie, niemal nieprawdopodobne szczęście. Już jako brzdąc uzyskał rangę Geniusza, gdy przypadkiem dostał się do laboratorium swojego ojca i pozmieniał parametry (Uuu! Guziiiczkii!) pewnej wielkiej maszyny, pomagając tym samym odkryć specyfik niezwykle pożądany przez koncerny farmaceutyczne.

Dalej wcale nie było gorzej. Na pierwszym poziomie zajęć Neochemii w Szkole Gwizdnej coś podkusiło go, by zadać nauczycielce pytanie dotyczące zadania oznaczonego w podręczniku gwiazdką. Dziwnym trafem przeczytał je nieco źle, lecz chemiczka, nieświadoma niczego, zaczęła rozwiązywać je na tablicy. Po godzinie żmudnych obliczeń wykrzyknęła nagle „Eureka!”, wybiegła z klasy i... miesiąc później rzuciła szkołę, by zamieszkać w drogiej willi w Nowym Nowym Yorku. Wygrała na loterii, czy co?

Nawet szkoła średnia, często znienawidzona przez butnych, żądnych wolności rówieśników, nie była dla chłopaka utrapieniem. W mig opanował grę na laserowej gitarze i jako jedyny w historii pierwszak wstąpił do uwielbianego przez wszystkich, szkolnego zespołu. Szybka nauka instrumentu udała mu się ze względu na nietypową wadę genetyczną - miał nieco dłuższe palce niż inni ludzie, co wręcz idealnie nadawało się do laserowych strun. I jeszcze do... paru innych rzeczy, jak twierdziły fanki zespołu.

Przyszedł czas na studia – Fizykę Nadrelatywną. Peter, kto by pomyślał, osiągał najlepsze wyniki na swoim kierunku, na który dostał się notabene przypadkiem. A to już w ogóle przeciekawa i prześmieszna historia, wiecie? Ahaha! Haha! Aż mi się łezka w oku zakręciła, jak ją sobie przypomniałem. No ale idąc dalej..

Koledzy Petera ze studiów po otrzymaniu dyplomu wyruszyli na podbój rynku pracy (któż lepiej wysmaży mięsko jak nie magister fizyki, który przecież wie wszystko o wymianie ciepła!), zaś sam McCullan został na uczelni pracując nad wymarzonym doktoratem z Pętl Czasu. Co ciekawe, początkowo uniwersytet, z racji braku pieniędzy, nie był w stanie sponsorować badań nad tym tematem. Dopiero anonimowy przelew od pewnej znanej chemiczki umożliwił otwarcie przewodu doktorskiego dla Petera.

Do trzyosobowej grupy badawczej w pewnym momencie dołączyła Jenna Yirys, piękna i utalentowana doktorantka z Londynu2. Po pierwszym dniu pracy poszli na piwo. Po drugim też. Po trzecim poszli już do McCullana. Po czwartym też, a dziewczyna została na dłużej.

Lubili te same gry. To samo jedzenie. Czytali te same książki. Mieli identyczne poglądy na politykę, naukę, sztukę. Wydawało się, że cudowniej być nie może. Ale było. Bo z każdym dniem, z każdą jedną minutą ich tajemnicze uczucie przybierało na sile. I tak, 10 lat po ślubie, wciąż patrzeli na siebie tym samym wzrokiem, co na studiach.

W pewnym momencie życia Peter zaczął odczuwać strach. Nie taki zwykły, jak to niektórzy mają przy widoku z wysokości czy przed guzikami, tylko paraliżujący, odbierający wszelką radość lęk przed stratą. Lęk przed bezsilnością, że gdyby coś stało się Jennie, nie potrafiłby nic zrobić. Peter czuł, że życie jest dla niego zbyt łaskawe. Bogini Szczęścia była nieco za bardzo hojna od samego początku i miał niejasne przeczucie, że niedługo może strzelić focha. Ku rozpaczy żony zaczął mniej sypiać, więcej myśląc nad ewentualnymi scenariuszami przyszłości, niż słodkim filmem teraźniejszości. Strach, nawet po licznych konsultacjach z lekarzami, nie dawał mu żyć. Postanowił wyjść mu na przeciw i rozpoczął badania nad Cofaczem.

To było wielkie przedsięwzięcie. Peter całe dnie spędzał w swoim laboratorium, majsterkując nad małym pudełkiem, dziełem jego życia. W chwilach zwątpienia czule gładził, zamkniętą w pięknej ramce na biurku, lekko pożółkłą już fotografię żony. To wszystko dla niej... Wszystko dla niej... Gdyby tylko coś jej się stało, mógłby ją uratować...

Pewnego jesiennego poranka... zrobił to. W drżące ręce ujął pudełeczko, z niedowierzaniem oglądając je ze wszystkich stron.

A jednak Bogini Szczęścia się od niego nie odwróciła!

Trzymając mocno dorobek swojego życia wybiegł na dwór, z trudem odnajdując drogę do domu. Biegł, mijając ludzi, którzy w obrzydzeniu oglądali się za nim i szeptali za jego plecami. Ale Petera to nie obchodziło. Co z tego, że przez te wszystkie lata tak strasznie się zapuścił. Teraz nic i nigdy nie stanie na drodze jego szczęściu! Jeśli tylko coś... cokolwiek przytrafi się Jennie, będzie potrafił cofnąć się w czasie i znaleźć na to rozwiązanie!

Udało mu się dotrzeć do domu. Pchnął drzwi i rozbieganym wzrokiem zaczął szukać ukochanej. Zatrzymał się na biurku, na którym leżały jakieś cudze rzeczy. Na starej kobiecie, stojącej przy kuchence, której twarz zamarła w przerażeniu. Na mężczyźnie, siedzącym na kanapie przed holotelewizją.

- Jenna! – zawył. – Gdzie ona jest? Co jej zrobiliście?

Mężczyzna natychmiast wstał i podbiegł do Petera, próbując wypchnąć go z mieszkania. Kobieta dopiero po chwili odzyskała mowę.

„To ja...”, cicho wypowiedziane przez starszą panią wstrząsnęło Peterem. Z trudem zaczął rozpoznawać oczy, kości policzkowe, wreszcie głos swojej żony.

Ze złością odepchnął obcego mężczyznę i podbiegł do Jenny. Ta cofnęła się, napierając plecami na kuchenkę. Peter wyciągnął Cofacza i aktywował go. Z obłędem w oczach sięgnął po leżący na stole nóż, niewzruszony lamentem kobiety.

- To ja spędziłem wieczność... szukając sposobu na uratowanie Cię... – powiedział i pchnął ostrze w brzuch swojej ukochanej. Lament zamienił się w krzyk, a ręce, zimne i nieczułe, ociepliły się od krwi.

Z obłędem w oczach sięgnął po leżący na stole nóż, niewzruszony lamentem kobiety.

- To teraz Ty... całą wieczność... – cedził w szale, mechanicznie zadając pchnięcie.

Z obłędem w oczach sięgnął po leżący na stole nóż, niewzruszony lamentem kobiety.

- Masz mnie błagać... o ten ratunek... – ciało mężczyzny znów zaatakowało.

Mężczyzna wraz z kolejnymi powtórkami, gdy bez przerwy śmiertelnie ranił swoją ukochaną, zaczął powoli odzyskiwać jasność umysłu. Władzy nad ciałem jednak nie odzyskał. To ono samo łapało nóż i samo bezlitośnie rozcinało brzuch Jenny, która za każdym razem równie głośno krzyczała i równie żałośnie płakała. Niemożliwym do opisania jest co czuł Peter, zaczynając rozumieć co takiego zrobił, co mógł zrobić i ile stracił przez ostatnie lata. W jakiej rozpaczy i bezmocy znalazł się, co chwila zabijając jedyną kobietę którą w życiu kochał.

Cóż, chyba nikt nie jest w stanie docenić prawdziwego szczęścia, nim nie doświadczy prawdziwego smutku. Wie o tym doskonale Bogini Szczęścia, która widziała jak przy tworzeniu Cofacza mężczyzna sięga po wadliwy tranzystor... i, choć mogła zareagować, nie zrobiła tego.

Szkoła Kotów. Więcej nie było mi trzeba, by od razu kupić tę książkę.





Tak, sam tytuł zapewne by wystarczył, jednak dodatkową motywacją do przeczytania książki był fakt, że jej autorem jest Koreańczyk (a teraz mam na Koreę fazę :p) Jin-kyung Kim.

My mamy Harry'ego Pottera, Koreańczycy mają Szkołę Kotów. Ale chwila, spytacie, jak jakieś Koty mogą mieć się do tworu J.K.Rowling?

Mindzun, młody chłopiec, mieszka wraz z siostrą, rodzicami i kotką Sprytką. Jakiś czas temu odszedł jego ukochany kompan, drugi kot, piętnastoletni już Saliks. Nie odszedł jednak do kociego nieba, jak początkowo cała rodzina myślała. Przekonanie to zniknęło u chłopca w chwili, w której znalazł przedziwny list w skrzynce pocztowej... od Saliksa właśnie! Co więcej, zaadresowany był on do kotki Sprytki! Chłopiec swą radością podzielił się z siostrą i, wspólnie z nią, jako że nikt więcej nie był w stanie im uwierzyć, zaczęli kolekcjonować regularnie przychodzącą korespondencję od swojego pupila.

Okazuje się, że po ukończeniu piętnastego roku życia Koty mogą udać się do Szkoły Kotów, opuszczając uprzednio rodziny, w których mieszkały przez całe życie. Tam trafiają do jednej z trzech klas (Dzikich Kotów, Nocnych Zgromadzeń bądź Kryształowych Kotów). W nowej placówce uczą się między innymi ludzkiego pisma, historii, gimnastyki, czy też... magii. Dodatkowo każda klasa poznaje przydatne tylko dla niej umiejętności. I tak, Saliksowi, który jak nietrudno się domyśleć trafił do klasy Kryształowych Kotów, przekazana zostaje wiedza na temat kotcieni i ich władcy, a także o legendarnym kocie Solarisie, który co noc stawia czoła Duchowi Ciemności pod postacią węża.

"Rzut oka na nauczyciela od nauk ścisłych i gimnastyki pozwalał zrozumieć, dlaczego koty przyszły tak wcześnie. Uczniowie klasy Dzikich Kotów nazywali go profesorem Maksimusem. Był ogromny i przypominał lwicę. Wyglądał srogo jak żołnierz. Miał wspaniale wyrzeźbione mięśnie, potężne łapy i ogromne pazury. Strach pomyśleć, czym skończyłoby się pacnięcie taką łapą."

Saliks jest jednym z trzech uczniów w swojej klasie. Kotka Miłka i wielki kocur Mesan, którzy też uczą się w Kryształowych Kotach, szybko zaprzyjaźniają się z naszym głównym bohaterem. Poza nimi poznamy też wiele innych ciekawych osobistości - począwszy od dyrektora i wykładowców, na uczniach innych, rywalizujących niekiedy ze sobą klas kończąc.

Oczywiście Kocia Szkoła to nie jest normalna szkoła... Zwierzaki są zachęcane do zabaw, polowań i wylizywania swojego futerka podczas lekcji :3



Jin-kyung Kim napisał książkę po to, by pocieszyć swoje córki po stracie ukochanego zwierzaka. W związku z tym język, jakim jest napisana, jest raczej prosty, lecz przyjemny w odbiorze. Trochę niczym bajka przeznaczona zarówno dla młodszego, jak i nieco starszego odbiorcy. Perypetie Saliksa i jego nowych znajomych wręcz wymuszają uśmiech na twarzy. Przyznaję, że w wizję zawartą w książce aż chce się wierzyć. Sama nawet nabrałam nadziei, że mój Filemon i Bonifacy zostali przyjęci do którejś ze Szkół (థ ェ థ)

Lektura jest krótka, dosłownie na jeden wieczór. Opatrzona została rysunkami obrazującymi przygody pociesznych uczniów.


Ilustracja z książki. W kolejności: profesor Kudłacz, Saliks, Miłka i Mesan :3
Wielka szkoda, że całość została rozbita na tomy. Treści jest dla mnie nieco za mało jak na jedną książkę... ale oczywiście kolejne części "Szkoły Kotów" też zaraz trafią na mojego kindla :3

Czym są kotcienie i jak z nimi walczyć? Jakie tajemnice kryje tytułowa Kryształowa Grota? Co kociaki mogą zrobić swoją magią? Tego Wam już nie zdradzę, sami sięgnijcie po książkę~

Moje ostatnie zainteresowanie Koreą Południową skłoniło mnie do poszukiwań książki o tym temacie. Ze zdziwieniem zauważyłam jak mało jest polskojęzycznych publikacji na ten temat!

Koniec końców zdecydowałam się na sięgnięcie po zbiór esejów "W Korei" - Anny Sawińskiej. Na książkę składa się kilka reportaży pisanych przez autorkę w czasie jej pierwszych pięciu lat pobytu w Korei (2003-2007).

Na samym wstępie, nim przejdę do treści, muszę przyznać, że niesamowicie podoba mi się styl Anny Sawińskiej! Bardzo poetycki, a jednocześnie nie męczący. Czuć, że autorka nie zmusza się do pisania w ten sposób, tylko że wychodzi jej to "z głębi serca". Piękne, lekkie pióro sprawia, że lekturę czyta się niesamowicie przyjemnie. Szczerze zazdroszczę (i sama dążę do) takiej umiejętności ładnego ubierania wszystkiego w słowa.



Kiedy najbardziej koreańską rzeczą w Twoim domu są karty Magica... 
Annie w młodym wieku zaoferowano globalne stypendium Samsunga. Przyjęcie go oznaczało wyjazd do Korei Południowej na dwa lata studiów i późniejszą pracę w korporacji. Dziewczyna postawiła wszystko na jedną kartę i poleciała, nie spodziewając się pewnie wtedy jeszcze, że zagości tam na dużo dłużej...

Książka jest zbiorem pięciu esejów (niech nie zmyli Was nazwa, nie są to żadne naukowe wywody) pisanych przez kolejne lata pobytu w Korei. Autorka opisuje sytuacje ze swoich studiów, życia i pracy w nowym kraju. Jest tego niemało! Tu zupełnie przypadkowo stała się gwiazdą filmu reklamującego jej uczelnię, tam spróbowała akupunktury, codziennie jadła przepyszną, tamtejszą kuchnię, zakochała się w Koreańczyku i wyszła za niego za mąż... Z drugiej strony też przechodziła operację kolana, była świadkiem okrutnego traktowania psów czy odwiedziła przepełnione smutkiem metro w Daegu tuż po okropnej katastrofie, w której zginęło dwustu ludzi.

Bardzo podoba mi się postawa Anny w stosunku do Koreańczyków. Zdaje sobie sprawę ze swojej "obcości", lecz nie afiszuje się z nią. Stara się zrozumieć i zaakceptować społeczeństwo, w którym się znalazła, z roku na rok pogłębiając swoje zainteresowanie tamtejszym światem coraz bardziej. Jest otwarta na nowe doświadczenia, lecz nie kosztem utracenia swojego własnego "ja".


"Zdarzyło mi się też składanie raportu u szefa, który w pewnym momencie zaczął pochrapywać z otwartymi ustami (na dodatek wcześniej musiałam mu użyczyć swojego swetra, bo mu się zrobiło zimno). W odpowiedzi na moje pełne konsternacji milczenie zadał jak najbardziej rzeczowe pytanie i kazał kontynuować. Po czym ponownie zapadł w wielozadaniowy sen, od czasu do czasu wtrącając trzeźwy komentarz."

Anna, przy jednoczesnym opisywaniu swoich przygód, przedstawia też swoje poglądy i obserwacje na temat tamtejszego społeczeństwa. Tego w książce znajdziemy bardzo dużo! Zabierając się za lekturę miałam nadzieję na soczysty opis mentalności, zachowań, nawyków i uwarunkowania historycznego do takich, a nie innych postaw Koreańczyków... i nie zawiodłam się, a nawet mile zaskoczyłam, bo dostałam więcej niż chciałam!

Jako, że jest to moja pierwsza książka o Korei (nie licząc oczywiście "Elementarza Pielęgnacji"), wydawało mi się, że ciężko będzie mi się wypowiedzieć odnośnie prawdziwości wszystkich tez w niej zawartych. Zawsze staram się z pewnym dystansem podchodzić do osobistych zapisków czy relacji, wiadomo, muszą być nacechowane emocjonalnie, tu jednak... nie potrzebowałam. Od razu można wyczuć gdzie autorka kierowała się chwilowym uniesieniem, a gdzie jej pióro przelało na papier bardziej przemyślane i ułożone wcześniej myśli. Książka "W Korei" zawiera zdrową dawkę jednego (wystarczająco emocjonalnie by nie odnieść wrażenia, że pisał ją robot) jak i drugiego (podając ciekawe obserwacje, lecz nie na tyle, by zanudzić).

Co by nie było, że książka ma same zalety... Hmm...
Mogłaby być dłuższa :p

Zdecydowanie polecam osobom zainteresowanym choć w niewielkim stopniu Koreą Południową. Szczególnie tych, którzy swoją fascynację opierają głównie na K-popie czy dramach. Rzeczywistość czasem depcze wyobraźnię...

Więcej pióra autorki można przeczytać też na jej blogu (*^▽^*)

Ja na pewno sięgnę jeszcze po jej publikacje. Temat Korei Południowej na pewno powróci jeszcze na bloga :3

Wesoło hasając sobie w Internecie natrafiłam na coś opisywanego "koreańskim rytuałem pielęgnacyjnym"...

Mimo, że Korea jest bardzo nisko na liście moich ulubionych azjatyckich państw, a kosmetyki (chyba, że do włosów) są dla mnie średnio interesującą sprawą, temat jakoś mnie wciągnął i nim się obejrzałam, po przeczytaniu wielu blogów i for, tego samego dnia robiłam wielkie zakupy w sklepach on-line, by wprowadzić taki rytuał pielęgnacyjny do swojego życia. Teraz na łazienkowej półce trzeba będzie zrobić miejsce na nowe olejki, esencje, kremy czy maski-płachty w urocze zwierzaczki, eh... (ciężkie życie)

Zauważyłam, że praktycznie wszystkie blogerki opisujące temat powoływały się na jedną książkę autorstwa Charlotte Cho zatytułowaną "Sekrety urody Koreanek. Elementarz pielęgnacji". Zaopatrzyłam się w tą publikację, spodziewając się raczej średnio ciekawych informacji podanych w nudny sposób, i zaczęłam czytać.



Charlotte jest Koreanką urodzoną w Ameryce, żyjącą życiem typowej mieszkanki Stanów Zjednoczonych. Nie obce są jej długie pobyty na kalifornijskiej plaży, wylegiwanie się na słoneczku i późniejsze dumne obchodzenie się ze swoją opalenizną. Filtry UV? Zmywanie makijażu? A po co, a komu to potrzebne?

Wszystko zmienia się jednak, gdy w wieku dwudziestu dwóch lat przenosi się do pracy w Korei, gdzie uroda ma całkowicie inny wymiar. Wszyscy wolą pielęgnować swoją cerę, zamiast ją tuszować. Wyglądają pięknie, rześko, zdrowo i młodo. Nawet mężczyźni wiedzieli więcej o pielęgnacji skóry niż Charlotte, a współpracownicy żartobliwie dogryzają jej z powodu mniej schludnego wyglądu!

Dziewczyna uznała, że czas najwyższy wsiąść się za siebie. Przez lata zgłębiła tajemną wiedzę Koreanek i zafascynowała się ich rytuałami do tego stopnia, że otworzyła sklep z kosmetykami, a po powrocie do Stanów została kosmetyczką. Postanowiła podzielić się ze światem swoimi radami wynikłymi z własnego doświadczenia... w tej właśnie książce!



"Jeśli oczy są zwierciadłem duszy, to skóra wokół nich to barometrem twojego wieku (nie brzmi to równie poetycko, prawda?)"

Zacznę od tego, że jakiekolwiek pojęcia z tej dziedziny są dla mnie obce. Autorka jednak wyjaśnia wszystko bardzo prosto i przyjemnie, momentami nawet żartobliwie. Dokładnie opisuje każdy z dziesięciu kroków codziennej pielęgnacji Koreanek oraz równie dokładnie wyjaśnia, dlaczego każdy z nich jest pożyteczny. Podaje na co zwracać uwagę przy konkretnych typach cery, jakie składniki są dla nas dobre, a jakie nie, co powinno znaleźć się w naszej kosmetyczce... no i wiele, wiele więcej. Jeśli przypadkiem trochę siedzisz w tym temacie, to pewnie sporo rzeczy będzie już dla Ciebie jasne. Jeśli, tak jak ja, nie, to dowiesz się wielu nowości.


10 kroków koreańskiej pielęgnacji - rysunek z książki

Jeśli tematyka urody mieszkanek Korei Cię nie interesuje, a sam kraj wydaje Ci się ciekawy... sięgnij i tak po tę pozycję! Poza faktami dotyczącymi piękna autorka przytacza też przykładowo opis koreańskich spa, ichniego jedzenia, czy też podaje swój własny miniprzewodnik po Seulu. Mi osobiście bardzo podobało się to, że książka pisana była przez Koreankę z amerykańskimi korzeniami - Charlotte potrafiła obiektywnie ocenić zarówno mentalność jednego, jak i drugiego świata. Porównywała zarówno rynki kosmetyczne jak i uwarunkowania historyczne wpływające na takie a nie inne postrzeganie urody w krajach azjatyckich i europejskich.

"Podczas jazdy windą do mojego mieszkania podsłuchałam, jak starszy mężczyzna wita stojącą obok mnie kobietę słowami: "Pani cera wygląda dziś wspaniale".
Przyjrzałam się ukradkiem tej ponoć idealnej cerze. Rzeczywiście, okazała się promienna i jasna. Patrzyłam na kobietę na oko przed trzydziestką, choć mogła być starsza i dekadę lub więcej."


Książkę czyta się lekko i przyjemnie. Charlotte zwraca się do czytelniczki jak do koleżanki. Radosny i żartobliwy ton w jakim napisana jest lektura pozwala na miłe przyswojenie sobie wielu nowych informacji. No i są też urocze rysunki.

Oczarowują Cię azjatyckie piękności? Ciekawią Cię strategie koreańskich koncernów? Chcesz bardziej zadbać o cerę i własne samopoczucie? Masz ochotę na wydanie pewnej sumki w drogerii? Chcesz dowiedzieć się więcej o Korei? Sięgaj śmiało po tę książkę!

PDFa można pobrać na blogu inmakeupbag, serdecznie zapraszam! ^^

Recenzja została stworzona dla fanzina lokalnego klubu fantastyki Maskon. Drugi numer Pćmy, bo tak owy magazyn się nazywa, ma następujący podtytuł: „Dwa oblicza fantastyki: Fantasy i Science-Fiction". 

Widząc go momentalnie przypomniałam sobie o książce, którą ostatnio ukończyłam.
Już wiele lat temu twórcy systemu „Shadowrun” pokazali, że da się zgrabnie połączyć te dwa z pozoru różne światy. Podobnie udało się to też Panu znanemu jako Peter Watts. Ten z wykształcenia biolog morski, z zamiłowania pisarz, w swojej powieści „Ślepowidzenie" zawarł to, co przypadnie do gustu każdemu fanu fantastyki - kosmos, pierwszy kontakt z obcą cywilizacją i... krwiopijcę.


Ślepowidzenie - Peter Watts

Garstka ludzi zostaje wysłana w odległe zakątki kosmosu, by zmierzyć się z nieznanym. Dowodzi im ich naturalny wróg - wampir. Wilk w stadzie owiec. Co może pójść nie tak?

Lektura nie jest, wbrew pozorom, jakimś literackim eksperymentem stworzonym jedynie dla samego tworzenia, o nie! Bo pewnie na pierwszy rzut oka może się tak wydawać - wampiry, obcy, kosmos... To nie może trzymać się kupy. A jednak! „Ślepowidzenie” to science fiction z najwyższej półki. Spis źródeł które autor wykorzystał do jak najwierniejszego opisu zagadnień astronomiczno-biologiczno-psychologicznych ma aż 144 solidnych pozycji! I do niejednej na pewno będziecie chcieli zajrzeć po zakończeniu lektury.


"Wyobraźcie sobie artefakt uosabiający mękę, coś tak poskręcanego i zniekształconego, że nawet patrząc poprzez niezliczone lata świetlne oraz niewyobrażalne różnice w biologii i myśleniu, nie da się nie czuć, że sama ta konstrukcja cierpi ból.
A teraz powiększcie go do rozmiarów miasta."

Peter Watts w swojej książce ukazuje wizję przyszłości ludzkości – jej sukcesów technologicznych i porażek na podłożu socjalnym. Sporą uwagę czytelnika sprowadza też na kwestie świadomości i inteligencji. Czy jedno może istnieć bez drugiego? Ba, czy inteligencja bez świadomości byłaby efektywniejsza, a jeśli tak, to po co w ogóle człowiekowi jego „ja”? Odpowiedzi na te i inne pytania autor podsuwa nam przy okazji opisu niezwykle oryginalnego pierwszego kontaktu człowieka z nieznaną cywilizacją. Jeśli myśleliście, że temat obcych jest wam znany i nic was już nie zaskoczy... Wtedy na pewno powinniście sięgnąć po "Ślepowidzenie".

Ślepowidzenie - Peter Watts

„Ślepowidzenie” nie jest, zdecydowanie, łatwą lekturą. Wciąga i fascynuje, lecz nie jest to książka na jeden wieczór. Momentami męczył mnie nadmiar technicznych opisów czy astronomicznych szczegółów, które nie wnosiły wiele do fabuły. Dodatkowo też jestem przekonana, że narrator nigdy nie otrzyma statuetki dla najbardziej sympatycznego narratora. Komu jednak Keeton, chłodny obserwator, nie przypadnie do gustu, będzie mógł zaznajomić się przykładowo 
z Amandą, urodzoną przywódczynią odpowiedzialną za ochronę całej załogi, bądź z Bandą, dziewczyną zamieszkałą przez cztery różne osobowości.

Drobne mankamenty nie są jednak żadną przeszkodą ku temu, bym mogła opisać książkę mianem fantastycznej.

"Mózg ma kupę różnych wskaźników. Możesz wiedzieć, że jesteś ślepy, choć nie jesteś; możesz wiedzieć, że widzisz, choć jesteś ślepy. I... owszem, możesz wiedzieć, że cię nie ma, choć jesteś. Lista jest długa, komisarzu. Zespół Cotarda, Antona, syndrom damasceński. Tak na początek."

Dobrze napisana, z masą niecodziennych pomysłów, dająca czytać się lekko mimo całej tej fachowej terminologii, a przede wszystkim zostawiająca czytelnika z czymś więcej niż tylko obowiązkiem ścierania kurzu z zapomnianego później tomiku na półce – refleksją i ciarkami na plecach.

Na pewno jeszcze nie raz do niej wrócę :3